Myśmy niczego specjalnego nie wymyślili

Zastosowaliśmy to, co Polak ma we krwi

Rozmowa z Mirosławem Chojeckim, jednym z założycieli Niezależnej Oficyny Wydawniczej „NOWA” i pierwszym jej szefem

Pomoc dla Radomia i Ursusa

- Zacznijmy od początku. Jesteś jedną z osób, która w 1976 roku zakładała Komitet Obrony Robotników (KOR). Czy mógłbyś opisać okoliczności w jakich doszło do podjęcia tych działań?

- Na jesieni 1976, bodajże 17 września, po pamiętnych wypadkach w Radomiu i Ursusie, uczestniczyłem w pierwszym spotkaniu u profesora Lipińskiego, na którym nie doszło jeszcze do powstania KOR-u, ale już wtedy byłem włączony w działania wspierające osoby pokrzywdzone. Ja zajmowałem się Radomiem a Piotrek Naimski Ursusem. Po tym spotkaniu z inicjatywy Antka Macierewicza został opracowany przez doktora Rybickiego tekst deklarujący powstanie KOR-u, który został podpisany obiegiem. Ja nie byłem w pierwszej grupie osób, które go podpisały, ponieważ nie chciałem się dekonspirować.

- Jak to się stało, że znalazłeś się w grupie osób organizujących pomoc ludziom w Radomiu i Ursusie.

- Byłem harcerzem. Miałem wiele kontaktów z drużyną sławnej Czarnej Jedynki, gdzie działali Macierewicz i Naimski. Janka Lityńskiego z kolei poznałem w czasie wspólnych eskapad do Stodoły. Byliśmy jazzfanami i to nas łączyło. Ta pierwsza grupa organizująca wsparcie dla Radomia i Ursusa opierała się na ludziach, którzy znali się wcześniej bardzo dobrze od co najmniej kilku lat. Stąd niemożliwe było infiltrowanie nas przez SB, tak jak działo się to później w Ruchu Obrony Praw Człowieka i Obywatela (ROPCiO) i Konfederacji Polski Niepodległej (KPN). Tam nabór był przeprowadzany często "z ulicy". U nas było inaczej - my znaliśmy się wszyscy nawzajem i nie wychodziliśmy poza te znajomości - byliśmy środowiskiem zamkniętym. O to wszyscy mieli do nas pretensje, ale uważam, że wtedy tak trzeba było robić.

 

NOWA - Nieocenzurowana działalność wydawnicza

- Przejdźmy do NOWEJ. Jesteś uważany za jednego z jej założycieli i pierwszego szefa. Jakie były początki działalności wydawniczej.

- To wszystko jest nieprawda. NOWĄ utworzyli chłopcy w Lublinie, między innymi Janusz Krupski, dziś wiceprezes Instytutu Pamięci Narodowej (IPN). To oni wydali pierwszy i drugi numer Zapisu (literacki kwartalnik, w którym publikowali m. In. T. Konwicki, Cz. Miłosz) z nadrukiem Nieocenzurowana Oficyna Wydawnicza. Potem zaangażował się w to bardzo mocno Grzegorz Boguta. Dopiero jak wyszedłem z więzienia, bo byłem w tym czasie aresztowany, to zaczęliśmy współpracować z chłopakami z Lublina. Zaproponowaliśmy zmianę nazwy z Nieocenzurowanej na Niezależną Oficynę Wydawniczą. I tak już zostało.

- Tak à propos, ile razy byłeś aresztowany jeszcze przed powstaniem Solidarności?

- 44 razy.

- Czy tu (wskazuję na prawo na Pałac Mostowskich, nieopodal którego umówiliśmy się na spotkanie) również bywałeś?

- Wielokrotnie. To zrobiło ze mnie szefa tego interesu. Przecież wtedy w NOWEJ pracowali m. in. Konrad Bieliński, Grześ Boguta Piotrek Szwajcer i wielu innych. Kupa ludzi w tym robiła: drukarze, kolporterzy itp. Ja natomiast byłem tym, którego milicja najczęściej brała za fraki i pakowała do więzienia. I tak czerwony zrobił ze mnie pierwszą osobę NOWEJ.

- Jak organizowaliście waszą pracę od strony technicznej. Teraz mamy komputery, na których ludzie robią różne dziwne rzeczy. Wtedy to wszystko wyglądało inaczej.

- Po pierwsze trzeba było mieć papier. Aby go zdobyć należało zrobić wiele wybiegów np. kupować po dwie ryzy kiedy go „rzucili” do sklepu. Jednak wtedy wszystkiego brakowało i nikomu większej ilości by nie sprzedano. Ale ja byłem harcerzem i zrobiłem pieczątkę: Związek Harcerstwa Polskiego. Ona przydawała się na zakup papieru w hurtowni. Z hurtowni na Żuka - a tam się dużo mieściło papieru - i dalej do jakiegoś garażu, aby trochę poleżakował, co najmniej 3 miesiące, bo obawialiśmy się, że ktoś tam może nam pluskwę wrzucić i z tą pluskwą pojadą za nami do drukarni. Potem woziliśmy papier do wolnostojącego budynku, gdzie jakiś czas leżał, aby sprawdzić czy i to miejsce jest czyste. Jak wszystko było OK, przyjeżdżało 3 chłopaków z maszynami i nie wychodzili aż wszystko było wydrukowane. Drukowali 24 godziny na dobę: dwóch pracowało jeden spał 8 godzin. To zwykle trwało tydzień do 10 dni.

- Dalej oczywiście kolportaż.

- Zgadza się. Po zakończeniu drukowania podjeżdżał samochód, który najpierw wywoził maszyny do innego miejsca, gdzie już czekał papier i przyjeżdżała następna ekipa drukarzy, która drukowała kolejną książkę. Inny samochód przewoził wydrukowane kartki do introligatorni do składania. Punktem introligatorskim było na przykład mieszkanie na Stegnach na 10 piętrze, gdzie pracowało nad składem młode małżeństwo, które musiało się skrywać ze swoją pracą, a bo to teściowa przyjdzie, albo sąsiedzi, a to dziecko trzeba przewinąć. Cały nakład był dzielony na partie po 500 egzemplarzy. Każdy punkt introligatorski miał 10 magazynów, którymi były zwykłe piwnice. Z punktu introligatorskiego rozsyłało się np. 50 sztuk na Uniwersytet, 50 sztuk do Gdańska, do Łodzi 25 sztuk itd. Wszystko odbywało się automatycznie, każda grupa miała swój klucz i wiedziała co ma robić i kiedy, bez umawiania się, bez żadnych telefonów.

- Ale wcześniej musieliście to gdzieś omówić, ustalić. Skąd mieliście wzorce jak działać, jak to organizować?

- Przecież Polska ma duże tradycje konspiracji. Trzeba było tylko do nich sięgnąć. Okres okupacji hitlerowskiej, wcześniej zabory. Myśmy niczego specjalnego nie wymyślili. Zastosowaliśmy to, co Polak ma we krwi.

- Były wpadki?

- Oczywiście, że tak. Wpadło 4 czy 5 dużych maszyn. Powodem były raczej nasze błędy, a nie przenikliwość służb specjalnych. Kiedyś jedna z osób, przewożąca wydrukowane kartki do punktów introligatorskich, wzięła ze 3 razy więcej towaru do malucha niż powinna i na dodatek o godzinie pierwszej w nocy samochód się popsuł. Za chwilę była przy nim milicja, która zatrzymała się, aby mu pomóc. Zapytali, a skąd pan ma tyle papieru. Piszę pracę magisterską - odpowiedział. Nie dali się nabrać.

 

Budowa poligrafii dla Solidarności

- Później nadszedł okres Solidarności. Czy był to czas legalnej działalności NOWEJ?

-  W czasie działalności nielegalnej NOWA wydawała średnio co dwa tygodnie jedną książkę. Takiego tempa nie miały państwowe wydawnictwa. Nam wystarczyło miesiąc od podjęcia decyzji do wydania książki, podczas kiedy wydawnictwa państwowe to były lata. Kiedy wybuchła Solidarność to wszyscy ludzie NOWEJ zaczęli budować poligrafię dla związku: w Gdańsku, Warszawie, Siedlcach w różnych miejscach. Tam stawialiśmy nasz sprzęt do czasu kiedy struktury Solidarności nie zdobyły czegoś we własnym zakresie. W połowie 81 roku wyszedłem ze struktur NOWEJ i zająłem się tworzeniem wydawnictw Solidarności na bazie infrastruktury CRZZ (oficjalna centrala związkowa peerelu przed powstaniem Solidarności - przyp. MW) przejętej przez Solidarność.

- Pamiętam jak w dostaliśmy z regionu Mazowsze pierwszą maszynę do pisania, która była przejęta z CRZZ. Co robiłeś dalej?

- Po zjeździe Solidarności w Gdańsku zostałem wydelegowany na Targi Książki we Frankfurcie, aby reprezentować tam wydawnictwa związkowe. Był październik 1981. Wsiadłem w samochód i pojechałem. Grzesia Bogutę, który poleciał samolotem zgarnęli na granicy i zabrali mu wszystkie książki. Ja z kwitem od Wałęsy przez Świnoujście, Szwecję, omijając NRD, wszystko wywiozłem na targi. We Frankfurcie dopadł mnie telex od Tadeusza Mazowieckiego, że kanadyjskie związki zawodowe chcą przekazać sporą ilość papieru dla Tygodnika Solidarność (TS). Na postulat TS o zwiększenie nakładu, czerwony odpowiedział, że są braki. Z Kanady dali znać, że pomogą. Tamtejsi związkowcy podjęli decyzję, że każdego dnia 5 minut będą pracowali na rzecz Solidarności. Przy ich zdolnościach produkcyjnych oznaczało to, że po 2-3 miesiącach mieliśmy sporo papieru, który trzeba było przetransportować do Polski. Pojechałem więc do Kanady, aby się tym zająć. I tak znalazłem się po drugiej stronie oceanu.

 

Organizacja pomocy z Paryża i Brukseli

- Później jednak wylądowałeś w Paryżu.

- Po wprowadzeniu stanu wojennego niezwykle kosztowne było utrzymywanie stałych kontaktów telefonicznych. Paryż był bardziej odpowiednim miejscem. Z Kandy i Stanów przestały latać samoloty, a z Paryża jeździły do Polski pociągi, samochody, dlatego można było coś przesłać, pomóc i utrzymać kontakt. Tam było najlepsze miejsce do tego, aby powstało Biuro Zagraniczne Solidarności. Moją rolą było zajęcie się szmuglem maszyn poligraficznych, papieru i innych najbardziej potrzebnych rzeczy w Polsce.

- Skąd były pieniądze na pomoc Solidarności?

- Zaraz po wprowadzeniu stanu wojennego związki zawodowe we Francji i innych krajach organizowały zbiórki publiczne. Z tego w bardzo krótkim czasie zebrano około miliona dolarów. To na owe czasy były ogromne pieniądze. Potem w tę pomoc włączyła się Międzynarodowa Konfederacja Wolnych Związków Zawodowych i Światowa Konfederacja Pracy. Te centrale mieściły się w Brukseli, stąd biuro koordynacji pomocy dla Solidarności przeniosło się tam.

 

1989 – powrót do Polski

- Ta pomoc trwała nieprzerwanie do 1989 roku. Kiedy wróciłeś do Polski?

- Wróciłem jeszcze przed powstaniem rządu Mazowieckiego. Wtedy funkcjowałem jeszcze na dwóch nogach. Mieszkałem w Paryżu i działałem w Polsce. Próbowałem wtedy zrobić w Polsce telewizję. Nie było jeszcze ustawy dlatego uruchamiałem, co tu dużo mówić, pirackie telewizje: to była sieć Nicola Grauso, która nazywała się Polonia 1. Później okazało się, że koncesje dostali inni.

- Czym zajmujesz się teraz?

- Robię to samo co robiłem od 84 roku w Paryżu, zajmuję się produkcją filmów dokumentalnych. Wtedy oglądając w telewizji francuskiej reportaże z demonstracji w Polsce zastanawiałem się, czy ludzie w moim kraju mogą to obejrzeć. Miałem te możliwości, że wszyscy, którzy jechali do Polski kręcić te filmy, robić reportaże, przechodzili przez moje ręce. Ja im dawałem kontakty, wyjaśniałem gdzie trzeba jechać i co robić. Pomyślałem, że trzeba postawić warunki: OK ja wam pomagam, ale w zamian za to chcę mieć prawo do tych filmów. To wypaliło. Po pewnym czasie okazało się, że mam ogromną ilość materiałów i tak powstał pierwszy film: Kalendarz wojny. Potem były inne filmy o paryskiej Kulturze, Józiu Czapskim.

- W tym czasie kiedy byłeś w Paryżu miałeś okazję poznania i obcowania z takimi ludźmi jak Giedroyc czy Herling-Grudziński., Czapski. Przedwojenne pokolenie polskiej inteligencji, mówiąc krótko, pokolenie wielkich Polaków. Co z tego wyniosłeś?

- Trudno wypowiedzieć w jednym zdaniu te 8-9 lat. Po pierwsze, dali mi zachętę, aby nie zniechęcić się tylko coś robić. Po drugie, dali mi poczucie państwowości tzn., że nieważne jest jakie kto ma poglądy polityczne, tylko ważne jest czy działa dla dobra Ojczyzny czy nie.

- W tym najszerszym wymiarze.

- Tak, w tym najszerszym wymiarze. Jak wsiada człowiek do tramwaju to powinien kasować bilet, jak wyrzuca śmieci to powinien to robić tam gdzie jest na to właściwe miejsce. To jest nasz kraj bez względu na to czy ten kto rządzi mi się podoba czy nie.

 

Teczka z 4,5 tys. stron

- Przejdźmy do dnia dzisiejszego. Czy oglądałeś swoją teczkę w Instytucie Pamięci Narodowej (IPN)? Ile na Twój temat zgromadzono materiałów?

- W okresie do 1980 roku zebrali na mój temat 4,5 tysiąca stron. Oznacza to, że średnio sporządzali na mój temat 3 stroniczki dziennie. Po ich przejrzeniu mogę powiedzieć, że tak jak wszędzie w peerelu i tam też panował bałagan. Na przykład lokalne komórki wydają polecenie dzielnicowemu: Chojecki nie pracuje, jego żona też; należy spowodować, aby dziecko zostało usunięte z przedszkola. Po 3 miesiącach dzielnica odpowiada: jest tam 40 przedszkoli i nie jesteśmy w stanie zlokalizować tego, które nas interesuje i wydać odpowiednich dyspozycji. W tym samym czasie ja i moja żona mamy "ogon" przydzielony z wyższych szczebli służb specjalnych, który towarzyszy nam codziennie, w tym również w drodze do przedszkola, kiedy odprowadzamy tam naszego syna. Ale centrala nie powiadomiła dzielnicy gdzie jest to przedszkole. Przez 4 lata zakładali mi podsłuch we domu. Nie udało się. Raz przyszli na akcję, ale wzięli nie te klucze. Następnym razem mnie zamknęli i wymyślili, że zatrzymają żonę po odprowadzeniu dziecka do przedszkola i wtedy zrobią co chcą, ale dziecko zachorowało i plany wzięły w łeb. Takie przykłady można mnożyć.

 

Nie miałem daleko, aby się tego uczyć

- Na koniec pytanie, które muszę zadać: czy to prawda, że jesteś synem Marii Stypułkowskiej-Chojeckiej, legendarnej "Kamy”, uczestniczki zamachu na Kutscherę, która później walczyła w Powstaniu Warszawskim, i którą - podczas uroczystych obchodów 60 lecia Powstania, zorganizowanych w ubiegłym roku przez prezydenta Warszawy Lecha Kaczyńskiego - mogliśmy oglądać i słuchać Jej poruszających wspomnień na ekranach telewizorów?

- Tak, mogę to potwierdzić. Mój nieżyjący już ojciec ps. Cichy, Spokojny, także żołnierz Kierownictwa Dywersji AK, spędził sporo czasu w komunistycznym więzieniu. To wszystko co mówiłem na temat organizacji wydawnictw niezależnych mogę skwitować: Nie miałem daleko, aby się tego uczyć.

- Niech to stanowi puentę naszej rozmowy. Dziękuję bardzo w imieniu Czytelników Gazety Powiatowej i swoim własnym za to, że znalazłeś czas i zechciałeś opowiedzieć o swojej działalność na rzecz niepodległej Polski. Do zobaczenia na uroczystości otwarcia wystawy: "NOWA 1977-1989 czyli wiedzieliśmy w co się bawić".

- Ja również dziękuję bardzo i do zobaczenia w Sokołowie.

Rozmawiał Maciej Wąż


Mirosław Chojecki (ur. 1949), chemik, pracownik Instytutu Badań Jądrowych. W marcu 1968 uczestnik strajku studentów na Politechnice Warszawskiej, w czerwcu 1976 jeden z pierwszych uczestników akcji pomocy represjonowanym robotnikom Ursusa i Radomia. Organizator niezależnej działalności wydawniczej, odpowiada za powielanie „Komunikatu” i „Biuletynu Informacyjnego” KOR. We wrześniu 1977 tworzy Niezależną Oficynę Wydawniczą, największe wydawnictwo działające poza cenzurą. Wielokrotnie zatrzymywany i rewidowany, w styczniu 1977 zostaje mu zabrana... przyprawa curry („Chojecki grozi użyciem środków toksycznych mogących pociągnąć skutki tragiczne dla całej rodziny”). W październiku 1981 wyjeżdża za granicę, na emigracji wydaje m.in. pismo „Kontakt” i produkuje filmy poświęcone najnowszej historii Polski. Wraca w 1990, jest m.in. doradcą ministra kultury. Ostatnio był kandydatem Platformy Obywatelskiej na członka Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji.