Tekst udostępniło Studium Europy Wschodniej UW

Laboratorium służb

 

Motto: hajdu, hajdu!

 

Powziąłem zamiar nakręcenia dokumentu o kobietach żyjących w realiach wojny. A skoro o kobietach, to również o dzieciach i cywilach. Tych, których okrucieństwa konfliktów zbrojnych dotyczą najbardziej.

Scenariusz wszędzie jest taki sam - w Moskwie, Groznym, Nazraniu czy Besłanie. Kobiety częstują herbatą i ciastkami a potem opowiadają, wracając myślami do czasu tragedii: porwania męża, zabicia syna, odnalezienia zwłok w kostnicy. I wszystkie mówią o strachu, bezsilności i niesprawiedliwości. Można się przyzwyczaić do takich łez.

Do jednego się nie przyzwyczaiłem - do ciszy. Do tej ciszy, której z początku nie słyszałem, a zobaczyłem ją dopiero pod koniec podróży, na kaukaskim cmentarzu.

 

Młodemu biada

 

Wyprawa zaczyna się w Moskwie. Czteropiętrowe bloki, nieduże mieszkanko zasiedlone przez dwupokoleniową rodzinę.

Kobieta, której syn zginął przed rokiem w Czeczenii w strąconym rakietą helikopterze, uspokaja się i wraca do wcześniejszych wspomnień. O syna zaczęła się bać, gdy ukończył czternaście lat i zainteresowały się nim instancje wojskowe.

- Bo już wtedy było napięcie na świecie, polityczne i wojenne – mówi.

Potem, gdy był już w wieku poborowym, postanowiła go chronić - nie otwierała drzwi, nie odpowiadała na „powiestki”.

Pewnego dnia wyszła rano z psem. Na jej spotkanie szło nieszczęście, którego nie rozpoznała - dwóch tajniaków i milicjant. Gdy wracała, od sąsiadki dowiedziała się, że zabrano jej syna. Była wczesna, ranna godzina. Tajniacy zadzwonili do drzwi tak, jak dzwoniła ona – trzy razy. Syn otworzył.

Pobiegła do wojenkomatu. Płakała, szlochała, zaklinała się, że za nic syna nie odda. A oni jej na to: pani ma syna, a my procenty; kiedy niż demograficzny idzie do wojska cierpią na tym nasze pensje.

Dopiero później, Tatiana Kuzniecowa ze „Związku Żołnierskich Matek” uświadomiła mi, że to normalna praktyka - czają się na klatkach, stoją na schodach, przychodzą o czwartej, piątej rano.

Jakiś czas temu, na jednej z moskiewskich stacji, stał pociąg wojskowy z wieloma wagonami. Jechał na Syberię i trzeba go było zapełnić. Milicja urządziła łapanki na stacjach metra. Kordon mundurowych zatrzymywał wszystkich młodych ludzi. To nic, że ma odroczenie, że studiuje. Wagony czekają.

Stają zatem tajniacy i mundurowi o świcie na schodach metra, chodzą po akademikach, węszą wszędzie, gdzie tylko można upolować rekruta. I tak się dzieje dwa razy do roku, na jesieni i na wiosnę.

- Potem wysyłają ich daleko, żeby trudno było ich wydobyć – dodaje Kuzniecowa – i praktycznie wszyscy przechodzą przez „gorące punkty”.

Kiedyś był to Afganistan, teraz jest Czeczenia. Zginęło tam już od 18 do 20 tysięcy rosyjskich żołnierzy.

Giną nie tylko w czasie działań wojennych na Kaukazie. Gdy byliśmy w Inguszetii, moskiewskie wiadomości telewizyjne podały informację o śmierci żołnierzy w samej Rosji: jeden zamarzł, drugiego zastrzelono „podczas próby ucieczki” – zdezerterował z bronią i podobno kogoś zabił. Giną, bo ich ziemia zasypała w transzei, z głodu, w wyniku bestialstwa „fali”. Na „Kursku” zginęli, bo generalicja nie chciała pomocy Zachodu. W Czeczenii mówiono mi o oddziale wybitym do nogi przez bliżej niezidentyfikowanych terrorystów. Podobno dowódca poinformował zamachowców o marszrucie swoich ludzi, bo przepił żołd dla oddziału.

 

Kontraktnicy

 

Kilka lat temu mieszkałem w Groznym w prowizorycznych koszarach zajmowanych przez jeden z oddziałów armii Federacji. Były to zniszczone zabudowania jakiegoś składu czy fabryczki, w których wojsko urządziło sobie izby żołnierskie, jadalnię i magazyny. Cisza, spokój, wokół bunkry z betonowych elementów, czołgi, wozy pancerne i posterunki. Dowódca z dumą pokazywał: - O tam założyliśmy pole minowe, tam stacjonuje specnaz. – A w domyśle: mamy tu jak u Pana Boga za piecem.

I oto, w tej wojennej sielance, z dachu zabudowań zaczęły dobiegać wyzwiska. Oficerowie jęli się z niepokojem rozglądać. Jeden z nich bardzo poważnym tonem stwierdził, że trzeba się skontaktować z dowódcą tamtych na górze. Zacząłem się dopytywać, co to za jedni.

Ano, kontraktnicy, namiot rozbijają. Jak im coś do łba strzeli, to i granat rzucą.

Kontraktnicy mają swój szyk: chusta na głowie, rękawiczki, czasem z obciętymi palcami. Czeczeni ich nienawidzą. Ale też nigdzie na świecie nie lubi się najemników. Ludzie mówią, że przyjechali zarabiać na ich krwi. Coś w tym musi być. Z zachowaniem wszelkich proporcji, ale kiedy nasi jechali do Iraku to dziennikarze podpytywali ich, po co jadą. Przeważała odpowiedź, że dla zarobku.

Nie wszyscy kontraktowi noszą się po piracku, i nie tylko oni dokonują zbrodni. Wystarczy przejechać się po Groznym, żeby wiedzieć, czego można się bać: federalnych (w hełmach), kadyrowców (w czarnych czapeczkach), służb (jeżdżą cywilnymi samochodami bez numerów), saperów (bo zastrzelą, ciało wysadzą w powietrze i powiedzą, że to terrorysta), czołgistów (bo rozjadą)...

- Kiedyś coś takiego jak żołnierz kontraktowy w przyrodzie nie istniało – mówi Weronika Marczenko z „Prawa Matki” – byli po prostu oficerowie.

Do „Prawa matki” zgłaszają się również rodzice zabitych kontraktników. Pytam, czy nie wstydzą się mówiąc, kim byli ich synowie. Weronika Marczenko uśmiecha się, widząc moją naiwność.

- Ci ludzie nie mają świadomości, że nie uchodzi zarabiać na wojnie. Pochodzą z małych miasteczek z wielkim bezrobociem. Było oficjalne zaproszenie z wojenkomatu, były ogłoszenia na tablicach i w lokalnej telewizji. Dla nich to rzecz zwyczajna, jak nabór do straży pożarnej – mówi Marczenko - wstyd pojawia się dopiero, gdy na własne oczy zobaczą, co się tam dzieje.

Ale wtedy pojawiają się także inne uczucia. Giną ich towarzysze, więc oni ich po prostu mszczą.

Zdarza się, że kontraktnicy nie dostają ani kopiejki z obiecanych pieniędzy. Tzw. „bojowe” muszą wyciągać przez sąd. Mówiono mi w Groznym, że żołnierze łapią czasem przechodniów i zabijają ich, żeby udowodnić, że były walki z terrorystami, więc należy im się wyższy żołd. Zdarzały się też przypadki, gdy chłopakom po zakończeniu obowiązkowej służby w Czeczenii, w centrum Groznego, podsuwano papier: albo podpiszesz albo wracaj do domu na piechotę.

 

Dziel i rządź

 

Sympatyczny emeryt wybrał się z żoną i dwiema wnuczkami na spacer. Mieszka akurat niedaleko teatru na Dubrowce. Zastanawia się przed kamerą nad przyczynami zamachów terrorystycznych w Moskwie.

- Winien jest rząd – mówi, połyskując złotymi zębami. A mnie, jakby kto na sto koni wsadził. Ale zaraz mina mi rzednie. – Za mało stanowczo postępują – dodaje. Jest nawet takie rosyjskie pojęcie: nastrój „szapkozakidajuszczyj”. Jeszcze stu zabić, jeszcze tysiąc, zarzucić czapkami.

Nie, nie porozmawiałabym spokojnie z kobietą z Czeczenii. Uraza jest zbyt głęboka – mówi matka żołnierza – oni sami na śmierć wysyłają swoje dzieci. To niepokorny naród. Zawsze z nami walczyli. Od dwustu pięćdziesięciu lat.

Nienawidzę wojskowych, nienawidzę armii. Nienawidzę tych, którzy uczestniczą w tej wojnie. Ale do czeczeńskich kobiet i dzieci nie czuję nienawiści – mówi jej siostra. Niemniej i ona w czeczeńskich bojewikach widzi bandytów:

- Bo nie walczą honorowo, tylko napadają zza węgła.

Wie o tym z telewizji, oglądała też kilka filmów o tematyce czeczeńskiej. Uważa, że te informacje i filmy są dziełem ludzi, którzy chcą całemu światu powiedzieć, co dzieje się w Czeczenii.

- Ludzie wierzą rządowi – mówi Weronika Marczenko z „Prawa matki”. - I wierzą mediom znajdującym się pod kontrolą władzy. A tych paru niskonakładowych gazet dla inteligencji masy przecież nie czytają.

Grozny, typowy, parterowy dom czeczeński, z podwórzem zasłoniętym murem i bramą. Kobieta już przestała płakać. Opowiedziała o tym, jak w nocy uprowadzili jej męża, jak uderzyli ją kolbą, jak nie zabili jej razem z maleńkimi córkami, bo któryś z oprawców się zlitował w ostatniej chwili.

Siedzi zamyślona na tle okna. Specjalnie ją tak usadziliśmy, żeby nie było widać twarzy. Jak przystało na Czeczenkę, twierdzi, że sama się nie boi, ale chodzi jej o bliskich, tych, którzy zostali przy życiu.

- Oni zawsze uważali się za przywódczy naród – mówi o Rosjanach. – usiłują z nas zrobić niższą kastę i chcą żebyśmy się z tym pogodzili. Teraz ma miejsce ludobójstwo mojego narodu. To może się powtórzyć i wobec nich. Widzimy w telewizji koncerty w Rosji. W tym samym czasie u nas są pogrzeby. Powinni pomyśleć, że jutro ta wojna przyjdzie do ich domu. Kiedyś wyniszczano Żydów, teraz dzieje się to z naszym narodem. Powinni pomyśleć, co jutro może stać się z nimi.

 

Ilf i Pietrow w FSB

 

- Interesują pana terrorystki? – pyta działacz nazrańskiego oddziału „Memoriału” i ironicznie się uśmiecha.

Z tymi terrorystkami jest kłopot. Już wieczór, a w domu ich nie mogę odwiedzić, bo mężowie się nie zgadzają - nie wypada. Ale wreszcie udaje mi się je dopaść - cztery lekarki z amerykańskiej organizacji medycznej International Medical Corps. Jedna z nich, najstarsza, udziela rady kamerzyście, który się przeziębił: niech zagrzeje wódki i wypije duszkiem, to chorobę z kości wygoni.

Pytam ją, jak to było z tym terroryzmem.

Parę miesięcy temu przyleciał z Moskwy kierownik, by przekazać wiadomość, że zdjęcia lekarek wiszą tam na słupach. Potem informację potwierdzili krewni: fotografie wiszą w metrze, na rynkach, w supermarketach. Są podpisane, ale nie cyrylicą tylko po angielsku, podano nawet godziny przyjęć. Kiedy pewien dziennikarz chciał to sfotografować, ochrona mu nie pozwoliła. Następnego dnia obok pojawiła się tabliczka, że fotografowanie jest zabronione.

Pisały do Dumy, do Putina, do wszystkich świętych, amerykańskie kierownictwo interweniowało nawet w MSZ. Wszyscy święci odpisywali, że lekarki „nie są w śledztwie”. A zdjęcia dalej się pojawiały. Więc dzwoniły pod numery sztabu antyterrorystycznego podane przy fotografiach (bo każdy, kto by lekarki na ulicy zobaczył, powinien zawiadomić władze). Okazało się, że jedna cyfra w numerach była specjalnie zmieniana. Wreszcie znalazły właściwy numer. Odpowiedziano im, że ten, co kazał rozwiesić listy gończe jest na urlopie. I podano im kolejne numery, które oczywiście nie odpowiadały. Sprawa ucichła. Ale potem był zamach terrorystyczny w Besłanie i lekarki znów się pojawiły. W sierpniu, po katastrofach lotniczych, do poszukiwanych listami gończymi Inguszek dodano trzy Czeczenki.

Wysłały razem około czterdziestu pism, chodziły do FSB. Przegnali je i powiedzieli, że gdyby trzeba było, dawno już by je znaleźli...

I znów fotografie pojawiały się to w Moskwie, to w innych miastach. Wreszcie znaleziono je w kryjówce pewnego bojewika. Ostatnio napisano nawet, że lekarki są nosicielkami broni bakteriologicznej i biologicznej.

- A my nie jesteśmy terrorystkami, jesteśmy muzułmankami – zanosi się szlochem jedna z „terrorystek”. – Że jestem muzułmanką, że mam czarne włosy i ciemne oczy, to już terrorystka?

W lipcu służby zabiły stu mężczyzn w jedną noc, w samym Nazraniu.

- Wzywali wedle adresów i zabijali – mówi lekarka. – Teraz przykazałam mężowi: jakby pukali do drzwi albo dzwonili, to mów, że mnie nie ma.

 

Czeczeńskie Joanny d’Arc

 

- To nasza Joanna d’Arc, porozmawiaj z nią – słyszę od człowieka, z którym spotykam się w hotelu i proszę o informacje na temat kobiet-terrorystek. Nieduża, siwowłosa. Ostrzegają mnie, żeby nie pozwolić jej za dużo mówić, bo jak zacznie to nie skończy. Od dziesięciu lat, na własną rękę, zajmuje się zbieraniem i upowszechnianiem informacji o przestępstwach dokonywanych na terenie Czeczenii przez wojska rosyjskie.

- Dojadło mi to – mówi Tamara Kałajewa, gdy proponuję, że sfilmujemy ją tak, żeby nie było widać twarzy. – Zmęczyło mnie, że nie mogę czuć się człowiekiem. Zabrali mi wszystko, teraz chcą zabrać twarz. Doskonale wiem, że wyjdzie mi to bokiem, ale to moje wyzwanie, to mój sprzeciw wobec przemocy. Teraz będą zabijać obrońców praw człowieka i dziennikarzy, którzy mówią prawdę o tym, co tu się dzieje. To już się zaczęło. Z dnia na dzień czekamy, że nas schwytają i znikniemy bez śladu. Albo banalnie nas zabiją. Nasza ostatnia nadzieja w tym, żeby ta informacja dotarła do was.

Zaczyna mówić tak, jakby bardzo się spieszyła. Pokazuje zdjęcie młodej, ostrzyżonej po chłopięcemu dziewczyny. To Marina, pracownica wydziału paszportowego. Na terenie komendantury zobaczyła jak pododdział specjalny prowadził młodego, zakrwawionego Czeczena w cywilnym ubraniu. Bili przez cały czas. Łzy napłynęły jej do oczu. Jeden z oprawców podszedł i zapytał:  - co, bandyty ci żal?

Odpowiedziała, że to oni są bandytami, skoro tak się zachowują. Trzy dni później została zatrzymana. Do dziś nie znaleziono trupa.

Luiza Mutajewa, dziewiętnastolatka. Już rok minął od jej zatrzymania. Nie wiadomo, gdzie jest. Jej siostra zginęła w Nord-Ost.

Kolejna młoda kobieta na zdjęciu. Przeżyła, ale poddano ją takiej przemocy, której nie zniósłby niejeden mężczyzna. Była psychologiem. Oskarżono ją, że obmawia rosyjską armię.

- Wielka liczba kobiet znika bez śladu, niezależnie od przynależności społecznej, wykształcenia i poglądów – mówi Tamara Kałajewa.

Badała także sprawę Dubrowki.

- Przepytywałam rodziny zabitych, żeby stwierdzić, co było bodźcem do udziału w zamachu. Odniosłam mocne wrażenie, że większość z uczestników przeżyła nieopisany nacisk psychiczny: codzienne zaczystki, uprowadzanie bliskich, rozstrzelane rodziny. Tym ludziom nie pozostała już nadzieja, że ktoś im pomoże.

Dziwna historia przydarzyła się dziewczynie o nazwisku Bajrakowa. Słyszałem o tym już podczas poprzedniego pobytu na Kaukazie. Ponoć uprowadzono ją na dwa miesiące przed atakiem terrorystycznym na Dubrowkę. Zniknęła z domu w podejrzanych okolicznościach, a potem pojawiła się w teatrze. Ludzie, którzy po nią przyszli nosili mundury polowe.

- Ponoć poszła z nimi dobrowolnie. Ale to było wtedy, gdy na tym terenie całkowitą kontrolę sprawowały oddziały rosyjskie – komentuje Kałajewa.

 

Honor Kaukazu

 

Ileż to razy mówili mi, że ich kobiety to świętość. Według Koranu kobietę należy traktować z szacunkiem, choć jednocześnie odsuwa się ją od spraw publicznych. I jak tu pytać o los zgwałconych? Tym bardziej, że według lokalnej tradycji nawet porwanie do komendantury, bez gwałtu, powinno się skończyć odrzuceniem przez ród. Tak nakazuje honor. Podobno właśnie te kobiety stanowią materiał na „czarne wdowy”, jak nazywa terrorystki-samobójczynie rosyjska propaganda.

- Rozmawiałam z kobietami, które doświadczyły przemocy seksualnej – mówi Tamara Kałajewa. – Żadna z nich nie została odrzucona przez rodzinę. Obyczaj, opinia, oczywiście... Kiedyś tego nie wybaczano, ale dziś działają tu całe armie Budanowych. I o co oskarżać kobietę? To po prostu ofiara, jak wszystkie inne ofiary tej wojny.

Pułkownik wojsk pancernych Budanow, kawaler orderu za męstwo, zgwałcił na pancerzu czołgu dziewczynę, po czym ją udusił. Dostał za to dziesięć lat. Sąd nie dopatrzył się gwałtu.

Słyszałem rozmowę rosyjskich oficerów na ten temat, jeszcze przed procesem. Z zafrasowanymi minami zastanawiali się, czy władza zastosuje wobec pułkownika kodeks karny, czy tylko środki dyscyplinarne.

- Na początku formułowano obraz wroga – narodu – mówi Tamara Kałajewa. – Teraz skupia się to na kobietach. To nowa broń ideologiczna Rosjan: Czeczenka terrorystka. Władze rosyjskie doskonale wiedzą, że bezczeszcząc kobietę, dyskredytując ją, zyskują więcej – łamią ducha etnosu .

Na dziesiątym piętrze jedynego groznieńskiego domu z windą (ale bez wody) mieszka Natalia Estamirowa, działaczka „Memoriału”.

- Terroryzm jest u nas bardzo surowo osądzany, szczególnie w wykonaniu kobiet. Jest jeden przypadek samobójczego zamachu dokonanego przez doprowadzoną do ostateczności dziewczynę, która zabiła się, wysadzają w powietrze niejakiego Gadżyjewa, komendanta Urus Martana. Ale nie było innego sposobu, żeby go powstrzymać. Prawo rosyjskie nie działało przeciwko niemu, ale go chroniło. Był przy tym kawalerem orderu Bohatera Rosji. Na terenie Urus Martana, w byłym internacie szkolnym, mieścił się obóz filtracyjny. Znęcano się tam nad ludźmi a w okolicy wielokrotnie znajdowano trupy. Gadżyjew obiecał dziewczynie, że zwolni jej brata i ojca, ale słowa nie dotrzymał. Obaj zginęli. Dziewczyna zemściła się.

- Zabijając go powstrzymała uśmiercanie innych ludzi – dodaje Estamirowa.

Badała też losy zgwałconych kobiet.

- Kiedyś wystarczało samo podejrzenie, jeśli kobieta była sama z obcym mężczyzną, to dla męża był to powód do zerwania małżeństwa.

Teraz wiele się zmieniło. W pewnej wsi mieszkała zgwałcona. Estamirowej powiedział o tym mąż tej kobiety. Oboje zrobili wszystko, by to ukryć. W konspiracji brała udział starszyzna wioskowa. Nikt nie puścił pary z gęby.

Złamano jakąś normę obowiązującą w społeczeństwie czeczeńskim. Kobieta zaczęła być traktowana instrumentalnie. Wykorzystuje się ją, żeby zmusić mężczyznę do uległości. Wiosną ubiegłego roku służby zabrały krewnych i krewniaczki jednego z dowódców polowych, Magomeda Chanbijewa. W ten sposób zmusili go do poddania się. W wrześniu 2004 r. zabrali krewnych Maschadowa i Basajewa. Siostrze prezydenta Czeczenii, starej kobiecie, kazano zwrócić się do brata za pośrednictwem telewizji: - zatrzymano nas, bo ty wysłałeś ludzi do Besłanu (co jest wierutną bzdurą) - mówiła. Potem zakładniczki zostały wypuszczone, ale staruszce okaleczono nogę. W grudniu znów ją zabrali. Nie wiadomo, gdzie teraz przebywa.

 

Cuda w sądzie

 

Wiele terrorystek zostało złapanych i osądzonych. Przykładem może tu być tragiczna postać Zaremy Mużychojewej. Zza krat klatki dla oskarżonych, po wysłuchaniu wyroku skazującego ją na 22 lata więzienia, krzyczała do sędziów: -jak ja was nienawidzę! Jej mąż zginał gdzieś w Rosji, ją rozłączono z maleńką córeczką. Zrobiłaby wszystko, żeby znów być z nią razem.

- Ona odmówiła dokonania zamachu terrorystycznego – mówi Natalia Estamirowa. – Nie jej wina, że zginał saper, który próbował rozbroić ładunek.

W kawiarni przy Twerskoj-jamskoj (ulica położona niedaleko Dworca Białoruskiego, na który zajeżdżają pociągi m.in. z Warszawy) zachowywała się tak, żeby wzbudzić podejrzenia. Zatrzymana od razu wskazała na torbę z ładunkiem. Potem pomagała w śledztwie.

- I dostała 22 lata, a Budanow dziesięć. – dodaje Estamirowa.

Drugi przykład - Zara Murtazalijewa. W pierwszej instancji, przed moskiewskim sądem, dostała dziewięć lat. Estamirowa przeglądała protokoły rozpraw.

- Bardzo dobrze widać, że ten terroryzm Zary został zorganizowany. Kiedy przyjechała do Moskwy znalazł się człowiek, który załatwił jej mieszkanie, podtrzymywał z nią kontakty, pomagał jej we wszystkim i prowokował do zamachu. Ale dziewczyna nie została terrorystką, a na znalezionym przy niej plastiku nie ma jej odcisków palców. – kontynuuje Estamirowa. - Rosyjski wymiar sprawiedliwości jest jedyny w swoim rodzaju – podsumowuje – skoro można skazać człowieka bez dowodów.

 

Niech świat się dowie

 

Przejeżdżamy obok obskurnego płotu z betonowych elementów. „Wyszka” też z betonu, blaszana, porysowana brama. To koszary „Chantów”. Tak nazywają słynący z okrucieństwa oddział OMON z północnej Rosji. Teraz trochę złagodniał, bo sądzą jednego z ich oficerów, niejakiego lejtnanta Łapina.

Jedziemy do sądu, odnowiony budynek podwórzec otoczony murkiem, wokół ruiny. Plany są dwa: jeśli są inne ekipy z kamerami - filmujemy, jeśli nikogo nie ma i będziemy zanadto rzucać się w oczy, to w oddalamy się dostojnym krokiem, bo w Groznym biegać nie wolno, jeszcze wezmą za terrorystę i zastrzelą.

Są kamery. Stajemy więc i my.

Przed wejściem do budynku sądu kłębi się tłumek kobiet. Trzymają w rękach zdjęcia zaginionych bliskich i szczoteczki do zębów.

- To żony i matki porwanych, którzy zaginęli bez wieści – mówi Stanisław Markiełow, moskiewski adwokat i oskarżyciel posiłkowy. – Zdjęcia trzymają, bo może oskarżony przypomni sobie, co z tymi ludźmi zrobił, a szczoteczki, bo się skarżył, że go niehumanitarnie traktują – w areszcie nie dali mu ręcznika i szczoteczki do zębów.

Markiełow to stary znajomy. Spotkałem go rok wcześniej w Moskwie, gdzie reprezentował wobec władz matkę jednej z ofiar Dubrowki. Odważny, rzekłbym zadziorny, zajmuje się prawami człowieka. Mówi z dumą, że chce aby w Czeczenii na miejsce prawa automatu zapanowało rosyjskie prawo. Myślę, że będzie miał zatrudnienie do końca życia.

Lejtnant Łapin nawet na tle swojego oddziału wyróżniał się okrucieństwem, więc zrobiono go śledczym. Był za słaby, żeby bić rękami. Bił pałką drewnianą, gumową, raził prądem, podwieszał za ręce, wbijał gwoździe w ciało i igły za paznokcie. Krótko mówiąc: łapał i dręczył, a potem człowiek przepadał.

Demonstrują głównie kobiety. Mężczyzn mało, bo to bardzo niebezpieczne.

Dochodzą mnie strzępy wypowiedzi. Raczej apeli skierowanych do kamer:

- Od czterech miesięcy nie wiem, gdzie jest.

- O czwartej rano przyszli po męża. Schwycili dwuletniego syna i powiedzieli, że go zabiją, jak stawi opór.

- Był starszym inspektorem straży pożarnej. Z przystanku go zabrali 16 grudnia 2000 r. I nic nie wiemy, wszędzie chodziliśmy, szukaliśmy.

- Niech świat się dowie!

Ponad dwa lata temu byłem w jednym z obozów dla uchodźców w Inguszetii. Podeszła do mnie dziewczyna. Duże, szeroko otwarte oczy, okrągła buzia. Patrzyłą na mnie uporczywie, potem pokazała czarno-białą fotografię. Aż się żachnąłem. Na zdjęciu było zdjęcie młodego mężczyzny. Cały nagi. Między nogami, zamiast przyrodzenia, ma plastikową rurkę. - Niech cały świat się dowie, co federalni zrobili mojemu braciszkowi – powiedziała.

 

W zonie

 

Osiedle wysokich, wypalonych domów. Gdzieniegdzie, w oczodole okna - plastikowa folia, gdzieś wystaje kominek „kozy”. Tam mieszkają ludzie. Przy ulicy położonej kilkaset metrów dalej, gdzie wśród ruin uchowało się trochę domków, w nocy była zaczystka. Wygarnęli wszystkich mężczyzn – dzień, jak co dzień.

Idziemy do kobiety, która ma nam powiedzieć, jak jej rodzina zarabia teraz na życie. Trochę trzeba poczekać, bo właśnie jest na bazarze, gdzie handluje. Właściwie, to banał: mężczyźni bez pracy, kobiety utrzymują dom handlem, zbiórką cegieł i złomu.

Przy okazji wspomina, jak zabrano jej dwóch braci i syna. Trzeciego brata cudem znalazła. Dopytuję się o ten cud.

- Zabrali ich w 2001 r., podczas blokady Argunu – mówi kobieta. Ma 48 lat, a siwa jest jak gołąbek, wygląda na grubo ponad sześćdziesiąt. – To byli federalni. Zabierali naszych na żwirowisko.

Trzymali ich z zasłoniętymi oczami w dołach, samochodach i więźniarkach. Kobiety poszły szukać swoich bliskich. Szły przez pole minowe. Jednego brata znalazła. Potem szła z Argunu do Groznego. Pole zasłane było trupami. Przychodzili ludzie, szukając swoich. Jeszcze po tygodniu znaleziono czyjeś ciało przysypane żwirem.

Kolejna wizyta: młoda kobieta, z dwiema córeczkami. To ta sama, która przestrzegała Rosjan, że i do nich może przyjść wojna. Wtargnęli do niej o pierwszej w nocy. Mieli kominiarki i hełmy. Wyciągnęli męża z łóżka. Z wrzaskiem zaczęli wypytywać o jakąś kasetę. Trzymali ją z dziećmi w sypialni, pod lufą, bili kolbą, bo krzyczała. Kiedy wyszła do drugiego pokoju męża już nie było.

- Musieli się pomylić – mówi teraz kobieta. – My nie mieliśmy żadnej kasety.

Potem chodziła do wszystkich instancji. Pytała o męża, ale wszędzie zbywano ją wzruszeniem ramion. Po każdej interwencji wpadali do domu robić rewizję, zrywali podłogę, straszyli, przekopywali ogród. Wreszcie, któryś z prokuratorów powiedział, że to pewnie FSB. Bardzo nie lubią, jak ktoś uwiecznia ich pracę. Ale czasem, szkoleniowo, sami kręcą filmy.

Po naszej wizycie do jej domu przyszli ze służb. Cały kwartał otoczyli wojskiem i zaczęli pytać: a co wy tu dziennikarzy przyjmujecie? Któryś z sąsiadów doniósł. Kobieta nie czekała na ciąg dalszy. Uciekła razem z córeczkami. Ukrywa się gdzieś na Kaukazie. Zapamiętałem jej ostatnie słowa:

- My tu żyjemy jak w wielkiej więziennej zonie, otoczeni strukturami, których nazw nawet nie znamy.

 

Obóz skautów „Chankalenok”

 

Dziewczyna z Groznego ociera z łez piękną twarz. Jest w tym trochę komizmu, bo ociera i nos, z którego spływają łzy. Patrzy w ekran. A tam pojawiają się napisy końcowe: obóz skautów „Chankalenok” – nazwa pochodzi od Chankały, przedmieścia Groznego, gdzie stacjonują główne siły rosyjskie. Niebezpiecznie sobie kpić z Chankały. Pani wójt jednej z czeczeńskich osad powiedziała, że główne ognisko terroryzmu mieści się w Chankale i wkrótce potem zabili ją „nieznani sprawcy w rosyjskich mundurach”.

Ale ci, którzy robili ten film mogą się czuć bezpieczni.

- To kręcił operator wojskowy – mówią mi Czeczeni. – Wedle zasady: to oni robią nam, a tak my odpłacamy im.

Film składa się z dwóch, podle zmontowanych części. W pierwszej pokazane są płonące rosyjskie czołgi, zabici żołnierze armii federacji, dobijanie rannych jeńców przez partyzantów. Potem druga część: zaczystka i jej żniwo. Najpierw rozstrzeliwują jakiegoś człowieka. Potem pokazana jest gromada ludzi, jakby jeńców (powiedziano mi, że tylko jeden z nich był bojewikiem), a jeszcze potem trupy, chyba tych pochwyconych. Potwornie zmasakrowane twarze, oczy wypływające z oczodołów, wyłamane, porąbane kończyny. Widać czyjeś nogi: spodnie od munduru i białe, sportowe buty. Kopią głowę trupa, żeby pokazać, że kark jest złamany.

Dziewczyna wzdycha i mówi:

- Szukałam znajomych, bo rodzina przeżyła. Ale tych twarzy nie jestem w stanie rozpoznać, są tak zmasakrowane.

A ja myślę o tych kobietach, których bliskich porwano: z domu, ulicy, podczas obławy. Wiele z nich jeszcze się łudzi, że ich mężczyźni wrócą. I myślę też o losie tych kobiet, które zniknęły bez śladu.

 

Królestwo niebieskie

 

Wyprawa do Besłanu przebiega pod znakiem pośpiechu. Najpierw trzeba przejechać granicę między Inguszetią a Osetią. Z obu stron posterunki. Podjeżdża się do rogatki, wysiada z wozu, po sprawdzeniu przechodzi piechotą na stronę osetyńską, gdzie już czeka kolejny samochód. Żaden Ingusz nie pojedzie do Osetii a Osetyniec do Inguszetii.

Po rozmowie w „Uczkomie”, zrzeszającym rodziny ofiar zamachu, oglądamy szkołę nr 1. A właściwie to tylko jej częściowo wypaloną ruinę. W sali gimnastycznej, tam gdzie zginęły dzieci, leżą kwiaty i stoją butelki z wodą mineralną. Wyżej, w klasie w której rozstrzeliwano mężczyzn, stoją butelki z wódką i częściowo wypalone papierosy. Na ścianach napisy: „królestwo niebieskie”, „terroryści suki”, imiona tych, którzy zginęli oraz tych, którzy przeżyli, kondolencje.

Kierowca, chociaż płatny od godziny, pili, żeby już jechać. Służby nie lubią, jak ktoś się kręci z kamerą po ich terenie.

Podjeżdżamy pod dom obok szkoły. Nie wiem dlaczego, ale czuję, że czegoś tu brakuje. Na pierwszym piętrze mieszka matka czternastolatka, który zginął podczas zamachu. Wspomina, jak mu prasowała koszule, jak szybko wybiegł - nie zdążył nawet wypić herbaty. Płacze. Pokazuje przez okno na ruinę szkoły:

- Jak tu żyć z tym przed oczami. – I dodaje – tyle tu było dzieci, krzyk, rwetes, a teraz tak cicho.

Zaczęło do mnie docierać, czego brak w tym obrazie. Dźwięku. Jakby osiedle było wymarłe. W pełni zrozumiałem tę ciszę na nowym besłańskim cmentarzu: na płaskim polu, wśród równych szeregów świeżych mogił.

Radosław Januszewski