"Jak poznałem działaczy opozycji demokratycznej"


   "W latach istnienia PRL-u byłem wiernym słuchaczem radia "Wolna Europa". Z tego też radia czerpałem wiele wiadomości, na temat tego co się dzieje na terenie kraju. Dowiedziałem się między innymi, że w 1976 r. powołano w Warszawie Komitet Obrony Robotników. W 1978 r. jadąc z Warszawy nawiązałem w pociągu rozmowę z robotnikiem z Radomia, który brał udział w wydarzeniach czerwcowych 1976 r. Opowiedział mi wiele rzeczy na temat tego co się tam wtedy działo. Dowiedziałem się o "ścieżkach zdrowia" i innych szykanach i prześladowaniach stosowanych wobec uczestników tych wydarzeń. Opowiedział mi o pomocy prawnej, moralnej i finansowej, jakiej udzielał KOR tym ludziom. Dał mi też adres Jacka Kuronia. Postanowiłem w jakimś sensie włączyć się w tą działalność. 

    Pojechałem do Warszawy. Po krótkiej rozmowie z Jackiem Kuroniem (chyba zyskałem wtedy jego sympatię i zaufanie) ten dał mi plik gazetek różnego rodzaju. Chyba najwięcej było tam "Robotnika" i "Biuletynu Informacyjnego KOR". Dał mi też namiar na Henryka Wujca. No i zaczęło się. Co jakiś czas jeździłem do Warszawy, aby przywieźć stamtąd całą masę literatury, będącej ówcześnie poza cenzurą. Uznałem, że tylko taką drogą społeczeństwo może dowiedzieć się prawdy na temat tego co się dzieje w Polsce. Miałem kilka rewizji, ale nic nie znaleziono. W okresie istnienia NSZZ "Solidarność", gdy byłem zaproszony do Francji, dostałem od ówczesnego dyrektora Editions Spotkania, pana Piotra Jeglińskiego kilkanaście książek o różnej tematyce wydanych na zachodzie. Zabrano mi je na lotnisku w Warszawie i pomimo moich monitów nie oddano mi ich z powrotem. 

    Gdy wprowadzono stan wojenny i nawiązałem ponownie kontakt z przyjaciółmi z Francji, otrzymałem od nich maszynę do pisania, matryce woskowe i farbę drukarską, a także magnetofon. Nagrywałem wiadomości nadawane przez radio "Wolna Europa" a potem w formie ulotek kolportowałem je po mieście i okolicy. Oczywiście w ukryciu. Dostawałem od Francuzów też pojedyncze egzemplarze wydawnictw wydawanych we Francji piszące o Polsce, stanie wojennym i o działaniach podziemnej "Solidarności". W zasadzie nie zostało mi nic z pamiątek po tamtym okresie, ponieważ podczas kilku skrupulatnych rewizji zabrano mi niemal wszystko. Została mi tylko maszyna do pisania i wałek do matryc. To było tak ukryte, że tego nie znaleziono. Gdy po roku 1989 domagałem się zwrotu zabranych mi rzeczy, Komenda Wojewódzka Milicji w Kielcach odpowiedziała mi, że to wszystko poszło na "przemiał". To tak w skrócie opisałem moje kontakty z opozycją i co robiłem w dziedzinie krzewienia kultury niezależnej."

Henryk Miernikiewicz