PROLOG

W 1978r. nawiązałem kontakt z Jackiem Kuroniem. Bardzo często jeździłem do Warszawy, aby stamtąd przywieźć do Starachowic mnóstwo literatury, która znajdowała się w tamtych czasach poza cenzurą. Starałem się to wszystko jakoś rozkolportować po mieście i okolicy. Już wtedy miałem rewizje w domu. Z chwilą podpisania porozumień sierpniowych w Gdańsku i Szczecinie, już następnego dnia podjąłem inicjatywę powołania w mojej fabryce Wolnych Związków Zawodowych. Wiec przed rozpoczęciem pracy, na którym zgromadziło się dość sporo ludzi, straż przemysłowa rozpędziła. Mnie pod eskortą wyprowadzono poza teren fabryki, wręczając mi kartę urlopową i oznajmiając, że w okresie urlopu mam zakaz wstępu na teren fabryki. Po spotkaniu się z kilkoma kolegami ustaliliśmy, że pojadę do Gdańska, aby poskarżyć się Lechowi Wałęsie na to co się u nas dzieje.

Po przybyciu do Gdańska na ul. Grunwaldzką 103, zostałem niezwłocznie przyjęty przez Lecha Wałęsę. Ten, gdy się dowiedział co się dzieje u nas, niezwłocznie interweniował u ówczesnego wojewody gdańskiego - p. Kołodziejskiego. W Gdańsku filmowała mnie telewizja z Belgii (Michael Carael). Z Gdańska wziąłem cały plik literatury związkowej i innej. Następnego dnia chciałem wejść do zakładu pracy, jednak zostałem na bramie zatrzymany przez straż przemysłową, a następnie przez Służbę Bezpieczeństwa. W chwili, gdy SB-ecy mnie wyprowadzali do samochodu, zobaczyłem kolegę, któremu wcześniej dałem numer telefonu do Jacka Kuronia. Zawołałem, aby zadzwonić gdzie należy. Nie był on sam, ale ten telefon znał tylko on.

Mnie zaś zawieziono na Komendę Wojewódzką MO w Kielcach w celu przesłuchania. W domu zrobiono rewizję. W czasie przesłuchania nic nie mówiłem, tylko liczyłem, ile jest klepek w parkiecie w pokoju przesłuchań. Do domu odwieziono mnie w nocy około godziny 1.00. Następnego dnia mówiło o moim zatrzymaniu Radio "Wolna Europa".

W Starachowicach zaczęła  się organizować NSZZ "Solidarność", której oczywiście zostałem członkiem. W sierpniu 1981r. dostałem zaproszenie od jednej z central  francuskich związków zawodowych CGT”FO” na miting do Paryża. Odmówiono mi wydania paszportu. Podjąłem protest w postaci głodówki w zakładzie pracy, informując o nim 14 instytucji w kraju i za granicą. Po 36 godzinach przywieziono mi paszport. Poleciałem do Paryża, gdzie byłem owacyjnie przyjęty. Na tym mniej więcej kończy się moja działalność przed stanem wojennym. Wspomnę, że jeszcze w okolicach świąt Bożego Narodzenia  miałem po raz drugi lecieć do Paryża na zaproszenie tych samych związków zawodowych, lecz wyjazd mój nie udał się z przyczyn wiadomych - 13 grudnia wybuchł stan wojenny, który rozpoczął się dla mnie brutalnym zatrzymaniem i latami szykan i poniżania, ale to już opisałem w moich "Wspomnieniach Stanu Wojennego"

PS. To tak w syntetycznym skrócie opisałem moją działalność przed internowaniem,, natomiast moje wspomnienia były drukowane w latach 1990-91 w "Nowym Piśmie Starachowic", gdzie redaktorem naczelnym był pan Jarosław Babicki.

WSPOMNIENIA STANU WOJENNEGO

NOC WYWAŻONYCH DRZWI

Dwunasty grudnia 1981r. godz. 24.00, pozornie spokojna noc. Ojciec poszedł do pracy na nocną zmianę. Brzemienna matka o twardych, spracowanych dłoniach odmawia spóźnioną wieczorną modlitwę przed udaniem się na upragniony odpoczynek. Troje dzieci spokojnie śpi. Nagle słychać wściekłe ujadanie psa wilczura wabiącego się Lońka Breżniew. Po chwili ze skowytem żałości i bólu zanika. Słychać łomot do drzwi i wrzaski: „Otwierać! Otwierać! Otwierać!” Wyrwane ze snu twarzyczki dzieci przyobleka potworny lęk. Słychać trzask wyważanych drzwi. Wpadli do izby i pytają: „Gdzie mąż?! Gdzie ojciec?!” Mundury mają stalowe i wściekłe, aroganckie twarze. Zajrzeli na strych i do piwnicy. Żona zapytała: „Co on zrobił?”, „Dlaczego tak brutalnie?” Nie odpowiedzieli i w milczeniu poszli szukać ojca, zostawiając wyważone drzwi i potworny lęk i niepewność na twarzyczkach dzieci. Te stalowe mundury i te twarze zapamiętały one na zawsze.

Nikt z działaczy ówczesnej „Solidarności” nie spodziewał się, że tak bezpardonowo postanowiono rozprawić się z nami w tę grudniową noc. Idąc do pracy na nocną zmianę, ja też nie przeczuwałem niczego. Pracowałem jako dyżurny hydraulik w Zakładzie Metalurgicznym. Po przebraniu się jak co dzień w robocze ubranie, przejrzałem książkę zgłoszeń usterek i awarii, które należało usunąć. Nic nowego nie było. Usiadłem więc i czekałem na zgłoszenie telefoniczne. Razem ze mną dyżur pełnił kol. Pocheć Stasiu. Do godz. drugiej w nocy nic się nie działo. Około drugiej przyszło telefoniczne zgłoszenie, że w bramie głównej pękł kaloryfer i żebym ja przyszedł go naprawić. Poszedł Stasiu Pocheć, bo to był jego rejon. Po niedługim czasie do dyżurki wszedł pan Mandziak, dowódca zmiany straży przemysłowej i zapytał, dlaczego nie ja tylko inny hydraulik poszedł usunąć awarię grzejnika. Nie usłyszawszy ode mnie odpowiedzi, wyszedł. Teraz wypadki potoczyły się lawinowo.

Na dyżurkę weszło czterech umundurowanych milicjantów z por. D. na czele. Por. D. oświadczył mi, że żona moja i dzieci zaczadziały w domu, i że muszę niezwłocznie udać się z nimi. Wiedziałem, że to niemożliwe, i zapytałem, czy to nie wybieg i czy przypadkiem nie chcą mnie aresztować. Jeśli tak, to chciałem zobaczyć nakaz aresztowania. W tym momencie wykręcono mi ręce do tyłu, skuto kajdankami i dwóch drabów w mundurach zaczęło mnie wlec pod ręce, a trzeci trzymał mi rękę na ustach, abym nie krzyczał. Por. D. wyciągnął z kabury pistolet i dowodził całą akcją.

Pomimo strachu mój mózg pracował. Zastanawiałem się, co się dzieje. Czyżby brano mnie po cichu na „rozwałkę”? Po tych panach można się było spodziewać wszystkiego. Byłem przecież wcześniej we Francji i tam publicznie, wobec dziennikarzy oświadczyłem, że w PRL panuje „czerwony faszyzm”. Z półpiętra ciągnięto mnie po schodach w dół, na korytarz wydziału D7. Przypomniałem sobie, że obok korytarza mają dyżurkę elektrycy i być może są w pracy. Wykręciłem głowę, odetkałem sobie usta i zacząłem krzyczeć: „Kazik! Kazik!”, pracował tam bowiem jako elektryk Kaziu Kucharski. Znów mi zaciśnięto dłoń na ustach, dowleczono do milicyjnej nyski i rzucono jak worek na podłogę. Zobaczyłem jednak, że z dyżurki elektryków wybiegł Stasiu Majzner i widział kto mnie zabiera. To mnie trochę uspokoiło. W nysce widziałem por. SB W., który uchylił szybkę i powiedział: „Po co ci to było?”

Patrzyłem, gdzie mnie wiozą. Czy w las w ustronne miejsce, gdzie są doły, czy gdzie indziej. Zawieziono mnie na Komendę Milicji w Starachowicach. Po wyciągnięciu z samochodu znów zatkano mi usta i zaprowadzono prosto do piwnicy komendy. Tam mnie rozkuto z kajdanek. Śmierdziało alkoholem, aż nas wykręcało. W galowych mundurach paradowali pan komendant K., pan kapitan S. i inni pretoriańscy dostojnicy. Po zabraniu skromnego depozytu wsadzono mnie do ostatniej celi po prawej stronie. Byłem w niej sam. Znów zacząłem się zastanawiać, co jest grane. Może po pół, a może po godzinie siedzenia usłyszałem szczęki zamków w innych celach i jakieś głosy. Otworzyły się też drzwi mojej celi i rozkaz: „Wychodzić!” Oddano mi depozyt i wyprowadzono na podwórko z tyłu za komendą. Stały tam dwie nyski. Podprowadzono mnie do jednej, ale usłyszałem, jak ktoś siedzący w niej powiedział: „Tu już pełno”. Gdy zobaczyłem pasażerów drugiej nyski, gdzie mnie wsadzono, humor zmienił mi się radykalnie. Zobaczyłem w niej znanego i cenionego lekarza ortopedę pana Purskiego, Edwarda Imielę, inżyniera Aleksandra Pańca w cienkim sweterku i pantoflach pokojowych i kierowcę z ZTS FSC Józka Wikierskiego. Dwie nyski z silną obstawą ruszyły w nieznanym nam początkowo kierunku. Józek Wikierski obserwował trasę, gdzie przypuszczalnie nas wiozą. Najważniejsze, że nie była to trasa na wschód. Ja już zacząłem żartować, że jestem przygotowany na Syberię, bo mam waciak i czapkę uszankę, a poza tym jest z nami lekarz. Doktor Purski odrzekł: „To może będziecie musieli opiekować się mną, bo jestem po dwóch zawałach serca.” Jak wyglądało z trasy, wieziono nas w kierunku Kielc. Gdzieś pod Kielcami zatrzymano się w lesie. Olek Paniec wystraszył się i powiedział: „Tu nas rozwalą”. Ale po kilku minutach ruszyliśmy dalej. Jak się okazało, celem naszej podróży było więzienie na Piaskach w Kielcach. Pod obstawą silnego, dwustronnego szpaleru weszliśmy poza bramę więzienia, a potem do cel tymczasowych. Idąc korytarzem zobaczyłem zatrzęsienie ludzi. Byli moi znajomi z Ostrowca, Skarżyska i Końskich. Ze Starachowic internowanych tego dnia było kilkanaście osób, w tym jedna kobieta.

Jak mi wiadomo, z całego województwa internowano 494 mężczyzn i 11 kobiet. Była to noc wyważanych drzwi. Kto ich nie otworzył, poszły w drzazgi. Po krótkim pobycie w celach tymczasowych, gdzie byliśmy upchani jak śledzie w puszce, zabrano nas na świetlicę więzienną. Nikt nie wiedział, dlaczego nas aresztowano. Jedni sądzili, że wkroczyła bratnia pomoc ze wschodu, południa i zachodu, inni mówili, że to tylko faszystowski zamach stanu. O godz. 6 rano okazało się, że Ci drudzy byli bliżsi prawdy, puszczono nam bowiem przemówienie gen. Jaruzelskiego oznajmiające, że wypowiedziano wojnę własnemu narodowi.

WSPOMNIENIA STANU WOJENNEGO

WIĘZIENNY INTERNAT

Po wysłuchaniu przemówienia przywódcy WRON obwieszczającego stan wojenny z narodem, wiedzieliśmy, że dla niektórych drzwi do wolności zamknęły się na długo. Z jednymi rozpoczęto prowadzić indywidualne rozmowy, inni ustawiali się w kolejce, gdzie spisywano wszystkie dane osobowe. Później, po pobieżnych oględzinach dokonywanych przez jakiegoś osobnika w panterce, który był rzekomo lekarzem, odprowadzono nas pojedynczo do cel więziennych.

                Do celi 337 wprowadzono mnie pierwszego. Przez jakieś pół godziny siedziałem sam. Zastanawiałem się, jakich ludzi będę miał jako "współlokatorów". Cela była czteroosobowa. Gdybałem, czy będzie przemieszanie nas z więźniami kryminalnymi czy też nie. W PRL nie było przecież statusu więźnia politycznego. Przyprowadzono w pewnych odstępach czasu drugiego, trzeciego i czwartego. W milczeniu i z pewną dozą nieufności zaczęliśmy się sobie przyglądać. Szczególne zainteresowanie wzbudzał mój wygląd. Byłem w roboczym ubraniu i byłem brudny, bo zabrano mnie prosto z odlewni. Mój wygląd nie zachęcał więc do prowadzenia ze mną konwersacji. Jednak od słowa do słowa i lody zaczęły pękać. Okazało się, że moi współlokatorzy, to także internowani działacze NSZZ "Solidarność". Byli nimi Jan Juliusz Braun - były dziennikarz "Echa Dnia", Eugeniusz Gromada - wykładowca geografii na WSP w Kielcach i Antoni Jabłoński - inżynier budowlany z Kielc.

                Przez pierwsze godziny nic się nie działo. Gienek Gromada całymi godzinami opowiadał nam o pszczółkach, których miał 90 uli. Tymczasem przez głośniki więzienne karmiono nas informacjami, że np. Prezydent Reagan nie przerwał sobie weekendu z powodu stanu wojennego w PRL, i że innych polityków na świecie też to mało obchodzi. Można było wywnioskować, że WRON jest panem życia i śmierci wszystkich Polaków. Rzeczywistość jednak, jak wiadomo, była całkiem inna.

                Niektórych zaczęto wzywać na tzw. rozmowy, które przeprowadzali SB-cy. Z naszej celi, jak na początek, z nikim nie chciano rozmawiać. Plonem tych rozmów były oświadczenia lojalności i uwolnienia.

Tymczasem zbliżały się Święta Bożego Narodzenia. Jul Braun otrzymał paczkę z domu. Z jego rodziny było troje internowanych - on, jego ojciec - prof. J. Braun i siostra. Ojca uwolniono od razu z powodu podeszłego wieku. Wiedział więc, gdzie znajduje się syn i córka, i przyniósł paczkę. Inne rodziny nie wiedziały gdzie jesteśmy. Moja żona dowiedziała się dopiero po 3 tygodniach. Dzięki paczce od pana Brauna mieliśmy więc na wigilię opłatek i rybki z puszki (sardynki), a także inne smakołyki. W więzieniu bowiem karmiono nas takim jedzeniem, że nieraz dobry pies nie chciałby tego jeść.

                Pamiętam, że napisałem w wigilię list do rodziny na jednej kartce papieru kancelaryjnego. Żona otrzymała go pod koniec stycznia i przeczytała na początku "Kochani" i na końcu "Całuję Was mocno". Reszta tekstu zamazana była czarnym flamastrem.

Oznajmiono nam też, że w Boże Narodzenie będziemy mogli uczestniczyć we Mszy Św., która będzie odprawiona w świetlicy więziennej. Zapanowało ogólne ożywienie i podniecenie. 25 grudnia otwarto drzwi celi i kazano nam iść gęsiego z trzeciego piętra na parter, środkiem szpaleru funkcjonariuszy więziennych i być może SB-ków. Msza Św. - co to było za przeżycie! Potem, jak wiem, opowiadał o tym swoim parafianom kapłan z Szydłówka, który dla nas odprawił Mszę. Gdy zaśpiewaliśmy Rotę i "Boże coś Polskę", starszy człowiek o lasce, który usługiwał jako ministrant, płakał jak małe dziecko i laską nam dyrygował w takt melodii. Po świętach dowiedziałem się, że dwóch internowanych ze Starachowic zostało zwolnionych. Jednym z nich był lekarz Purski, którego uwolniono z powodu bardzo złego stanu zdrowia. Z mojej celi nadal z nikim nie chciano "rozmawiać".

                Po sześciu tygodniach postanowiono nas jeszcze raz przeszeregować. Zmieniono mi piętro i celę na 427. Dano mi do celi Michała Chałońskiego z Kielc, byłego posła na Sejm RP, Bogdana Rysia - maszynistę ze Skarżyska-Kamiennej i Andrzeja Minkiewicza z Jędrzejowa - także maszynistę. Jak się okazało, była to elita "Solidarności" Regionu Świętokrzyskiego. Zresztą w tym końcu korytarza zgrupowano najbardziej "niebezpieczną ekstremę" antytotalitarną. Obok naszej celi siedział Pan Stanisław Żak, na wprost pan Jerzy Stępień. Z boku siedział Jul Braun i jak wiem, odręcznie pisał gazetkę więzienną dla internowanych pt. "Gryps" czy też "Krata". Ja zaś w tym okresie pisałem dużo listów do domu. Żona bowiem, na samym początku stanu wojennego była w ostatnim miesiącu ciąży i z trójką dzieci. Martwiłem się więc, jak ona sobie daje radę. Listy moje nie docierały do rąk żony. Dowiedziałem się, że 11 stycznia 1982r. urodził mi się kolejny syn. Chciałem go nazwać Karol - Ronald, ale żona na drugie imię wybrała dla niego Marcin. Wiedziałem, że żona nie jest osamotniona, że dużo ludzi jej pomaga. Szczególnie Edward Imiela, Adam Krupa, Andrzej Pryciak, państwo B.B. Cybuchowie i inni. A ja martwiłem się o rodzinę, ze względu na groźby ze strony SB, których doświadczyliśmy przed moim internowaniem.

                Rozważywszy sytuację rodzinną postanowiłem napisać oświadczenie, że będę przestrzegał istniejącego porządku prawnego ustanowionego przez WRON sądząc, że mnie uwolnią. W moim przypadku nie odniosło to żadnego skutku.

                Wezwano mnie natomiast na tzw. "rozmowę". Osobnik, który ze mną rozmawiał, przedstawił się jako major Z. Powiedział, że mnie uwolnią, ale muszę opisać całą moją działalność, treść rozmów jakie prowadziłem z Wałęsą, Kuroniem i innymi działaczami opozycji, z którymi się kontaktowałem oraz opisać w szczegółach kontakty i rozmowy we Francji, gdzie byłem zaproszony w 1981r. przez Force Ouvriere, jedną z central związków zawodowych. Kategorycznie odmówiłem. Powiedział, że pożałuję i rozmowa się skończyła. Po kilku dniach znów mnie wezwano. Inny osobnik, przedstawiający się jako A., zaczął rozwijać przede mną zachęcające perspektywy na przyszłość, abym tylko zaczął mówić i pisać o tym, co go interesuje. Znów odmówiłem, padła więc następna groźna pogróżka pod moim adresem.

                W końcu po paru dniach zostałem wezwany na kolejną rozmowę. Tym razem zobaczyłem mojego "dobroczyńcę i opiekuna" ze Starachowic, porucznika W.  Ten nie bawił się w żadną kurtuazję. Oświadczył, że albo będę mówił i pisał, albo zostanę zgnojony. Nie widząc z mojej strony ochoty do zwierzeń, zaczął szperać w teczce i powiedział: "Ty tu siedzisz dla jakichś głupich ideałów, a ja Ci coś pokażę." Pokazał mi coś, co bardzo ubliżało honorowi i godności mojej żony, a mnie także. Wstrząsnęło to mną do głębi i oświadczyłem, że jest świnią i gestapowcem bez skrupułów. Dostałem szoku nerwowego. Doskoczyłem do biurka, złapałem jego notatki i porwałem na strzępy. Zaczął szamotać się ze mną i uderzył mnie w głowę. Chciał odzyskać choć strzępy swego kapownika. Nie udało mu się. Zacisnąłem go mocno w garściach. Wyciągnął pistolet i zaczął grozić, że mnie zabije. Otworzyłem drzwi i zacząłem krzyczeć. Przybiegł klawisz i zabrał mnie do celi. W celi wyrzuciłem zawartość garści do muszli sedesowej, a Michał Chałoński spuścił wodę. SB-cki kapownik znalazł się tam, gdzie być powinien.

                Jednak ze mną zaczęło się dziać coś niedobrego. Nerwy i psychika na skutek stresów zaczęły wysiadać. Nie mogłem spać ani jeść. Koledzy, a szczególnie Bogdan Ryś, opiekowali się mną jak mogli. Stałem się prawie codziennym pacjentem lekarskiej przychodni więziennej.

                Pewnego dnia znów wezwał mnie por. W. i powiedział, że "to dla mnie ostatni dzwonek". Znów nic nie mówiłem. Po tym, co mi naopowiadał i pokazał, czułem do tego człowieka wstręt i odrazę, a jednocześnie lęk. Na zakończenie powiedział: "sam zgotowałeś sobie taki los, jaki Cię spotka" i kazał mi wyjść. Zaprowadzono mnie do celi. Znów udałem się do lekarza więziennego. Gdy zjawiłem się, ten gdzieś zatelefonował i powiedział: "znów tu jest". Po krótkiej, cichej rozmowie z kimś, odłożył słuchawkę. Bez badania dał mi zastrzyk dożylny i kazał iść do celi. Idąc z eskortą, nogi miałem jak z waty. Po wejściu do celi rzuciłem się na łóżko. Parę minut spałem, obudziłem się gwałtownie, bo zebrało mi się na wymioty. Nie dotarłem do muszli, bo straciłem przytomność. Koledzy z celi złapali mnie za ręce i blaszanymi miskami zaczęli tłuc w opancerzone drzwi, wzywając pomocy. Przyjechało pogotowie z zewnątrz. Jak wiem, miałem ciśnienie krwi na krawędzi śmierci. Dali mi znów jakiś zastrzyk i odjechali. Czułem się fatalnie, nie jadłem, nie spałem. Bogdan Ryś nie odstępował mnie na krok.

                8 marca 1982 r. kazano mi się spakować. Koledzy cieszyli się, że mnie uwolnią. Po oddaniu pościeli więziennej, wsadzono mnie do nyski milicyjnej i ta wyjechała za bramę więzienia. Patrzyłem gdzie mnie wiozą, czy w stronę Starachowic, czy gdzie indziej. Po kilkudziesięciu minutach zobaczyłem, że celem mojej podróży był szpital dla psychicznie i nerwowo chorych w Morawicy k/Kielc. Tam przebywałem do 6 maja 1982r. i na skutek interwencji Międzynarodowego Czerwonego Krzyża uwolniono mnie. Byłem tam nadal na statusie internowanego.

WSPOMNIENIA STANU WOJENNEGO

PRZYMUSOWY WARIAT

Z chwilą przekroczenia progów izby przyjęć szpitala psychiatrycznego w Morawicy, eskorta oddała mnie w ręce lekarza dyżurnego pana R. Ćwiakały. Dali mu też jakieś pismo. Ten zabrał mnie do gabinetu obok i zaczęło się badanie wstępne. Opowiedziałem mu pokrótce o wydarzeniach ostatnich miesięcy i zasugerowałem, że tylko uwolnienie może mi pomóc. Powiedziałem również, że nigdy w życiu nie chciałem nikogo skrzywdzić, że moim orężem w walce o sprawiedliwość i demokrację jest pióro i siła argumentacji, że bardzo cenię honor, godność i prawdę. Mówiłem to spokojnie i bez emocji. Ten jednak oświadczył, że muszę zostać w tym przybytku nawet bez wyrażenia mojej zgody. Eskorta upewniwszy się, że mnie jednak zostawiono, odjechała.

            Po zabraniu mi ubrania zaprowadzono mnie na oddział drugi. W szpitalu psychiatrycznym oddział dzieli się na dwie części: obserwacyjną i „ostrą”, ta pod ścisłym nadzorem. I w tej części przebywają ludzie naprawdę obłąkani. Mnie zaprowadzono właśnie na część „ostrą”. Młody człowiek - sanitariusz odrabiający tam wojsko, kijem od szczotki „leczył” po plecach jakiegoś nieszczęśnika. Zobaczywszy mnie z dość długą, kręconą brodą myślał, że przyprowadzono mu jakiegoś „Fidela Castro”. Po krótkiej rozmowie, gdy dowiedział się, że jestem internowanym działaczem „S” zmienił zdanie i traktował mnie normalnie. Dowiedziałem się od niego, że ordynatorem tego oddziału jest lekarka Danuta Szkoła-Zawadzka, która pełniła również funkcję sekretarza PZPR w tym szpitalu. Pamiętając SB-ckie pogróżki z więzienia, przestraszyłem się, że tym razem będzie naprawdę ze mną koniec. Pomyślałem, że dadzą mi jakiś zastrzyk działający na mózg i żegnaj moja świadomości - będę takim jak ci nieszczęśliwcy, z którymi miałem przebywać. Stanę się może Nadieżdą Krupską i do końca moich dni tęsknił będę za „ukochanym Wołodią Iljiczem”. Przewodnia siła narodu i SB mogli z człowiekiem zrobić wszystko. W tym okresie byli bezkarni. Moje obawy się nasiliły, gdy przyszła pielęgniarka i powiedziała, że dostanę zastrzyk. Zrezygnowany poddałem się woli Bożej. Po otrzymaniu zastrzyku poczułem, że w okolicy serca mam mrowisko i straciłem przytomność. Obudziłem się następnego dnia rano. Świadomość miałem przyćmioną, a z ust zamiast mowy wydobywał się niezrozumiały bełkot. Przyszła na wizytę Pani ordynator. Chciała ze mną rozmawiać, ale ja nie mogłem się wysłowić. Jak mi ktoś później powiedział, na twarzy mojej widać było ogromne przerażenie, a z oczu spływały mi wielkie łzy. Po dwóch czy też trzech dniach zaczęła mi wracać normalna mowa.

            Przeniesiono mnie na część obserwacyjną. Dostałem ubranie, buty, a nawet krawat i wolne wyjście na teren przyszpitalny. Nawiązali ze mną kontakt państwo Janina i Jerzy Małeccy. Ona - pielęgniarka, on - lekarz psychiatra w tym szpitalu. Byli gorącymi sympatykami „S”. Dowiedziałem się od nich, że przebywa tu jeszcze jeden internowany ze Starachowic. Codziennie faszerowano mnie mnóstwem leków rozpuszczanych w wodzie. Chyba dlatego, abym nie wiedział, co to za leki.

            18 marca 1982r. otrzymałem bardzo smutną wiadomość, że zmarła moja mama. Ordynatorka postanowiła puścić mnie na pogrzeb. Komenda Wojewódzka Milicji, pod której kuratelą byłem nadal, wyraziła zgodę, ale pod warunkiem, że będę miał eskortę. W dniu pogrzebu przyjechała pod oddział czarna wołga, a w niej trzech panów o smutnych twarzach i znanej profesji. Jeden z nich oświadczył mi, że gdybym na pogrzebie próbował wygłaszać jakieś przemówienia, to oni znajdą sposób aby mnie uciszyć. Dano mi chyba końską dawkę środków zobojętniających i pielęgniarkę Stasię - członka PZPR do dodatkowej asysty.

            Przywieziono mnie do Starachowic pod Komendę Milicji. Jeden z tych panów wyszedł i niedługo wrócił, mówiąc do pozostałych: „załatwione”. Zawieziono mnie później do mojego domu, gdzie pierwszy raz zobaczyłem mojego nowonarodzonego syna Karola. Nie bawiłem w domu długo, bo panowie przynaglali mnie do pośpiechu. Ciało mojej mamy było w Stykowie. Zezwolono mi tam wpaść na chwilę. Pogrzeb był w Krynkach koło Brodów. W czasie pogrzebu moja eskorta chodziła za mną krok w krok, a zza muru cmentarnego widać było czapki milicji. Wracając z pogrzebu, prosiłem o zboczenie kilometr z drogi i zawiezienie mnie do brata Kazika, który był w stanie agonalnym. Nie wyrazili zgody, bo to było pod lasem. Pojechaliśmy prosto do Morawicy.

            28 marca 1982r. zmarł brat. Na pogrzeb mnie nie puszczono. W tym czasie ordynatorka wysłała pismo do KW MO, że nie muszę być leczony w tym szpitalu. Nie było żadnej odpowiedzi. Zatrzymano mi natomiast wolne wyjście - jak wiem, z polecenia SB. Poprosiłem panią Janinę Małecką, aby poinformowała o mojej sytuacji Kurię Biskupią w Kielcach. Efekt był taki, że zwrócono mi wolne wyjście i nawiązał ze mną kontakt proboszcz z parafii w Morawicy, który interesował się bardzo moim stanem zdrowia i warunkami w jakich przebywałem.

            Na początku kwietnia odwiedził mnie przedstawiciel Międzynarodowego Czerwonego Krzyża, doktor ze Szwajcarii - pan Frank. Umiał bardzo dobrze mówić po polsku. Powiedział, że uważa, że jestem tu bezprawnie trzymany i że będzie interweniował, aby mnie uwolniono. Po jego odjeździe lekarka chciała się koniecznie dowiedzieć, o czym rozmawialiśmy, będąc przez długi okres w pokoju sam na sam. Nie chciałem powiedzieć, straciłem więc przez to sympatię Pani doktor.

            W Święta Wielkanocne miał być chrzest mojego syna w Starachowicach. Byli tacy spośród personelu szpitala, którzy chcieli po cichu przewieźć mnie na godzinę do Starachowic, abym był obecny na chrzcie syna. Odmówiłem, bo gdyby SB dowiedziała się o tym, to mieliby oni za swoje. Proboszcz z Morawicy odprawił Mszę Świętą o tej godzinie, o której miał być chrzest. Była to msza w intencji mojej i syna. Czytał też w czasie homilii moje wiersze ułożone w więzieniu dla rodziny.

            Moją rodziną nadal się opiekowali koledzy i koleżanki z „S”. Z pomocą moralną i finansową szedł Kościół. Szczególnie interesował się warunkami bytu mojej rodziny ś.p. ksiądz Klusek oraz ksiądz Morawski, który dostarczył raz pieniądze zebrane podczas mszy. O moim uwolnieniu nadal nie było nic słychać.

            Na początku maja, w poniedziałek, odwiedziła mnie żona i powiedziała, że dziś idzie z kategorycznym żądaniem uwolnienia mnie do Komendanta KW MO. Następnego dnia, we wtorek, odwiedzili mnie znów incognito przedstawiciele Międzynarodowego Czerwonego Krzyża. Dnia 6 maja 1982 w piątek, około godz. 11 przyjechali funkcjonariusze więzienni i oznajmili mi, że uchylono decyzję o internowaniu, ale muszę jeszcze jechać z nimi na Piaski, aby zabrać mój depozyt. Pojechałem. Wprowadzono mnie znów do celi przejściowej, w której byłem zaraz po moim internowaniu. Usłyszałem gdzieś w pobliżu znajomy głos Olka Pańca. Czekał na przepustkę, którą miał uzyskać tego dnia. Po oddaniu mi depozytu opuściłem bramę więzienia. Zastanawiałem się na jak długo. W tamtym okresie totalnego bezprawia mogłem się tu znów znaleźć nie wiadomo za co. Dla dziedziców PRL byłem przecież „parszywą owcą”. Moje „przyjemności” doznane od tych panów jeszcze się nie skończyły i napiszę o tym w następnym odcinku.

WSPOMNIENIA STANU WOJENNEGO

"PARSZYWA OWCA"

Opuściwszy bramę więzienia, odetchnąłem  pełną piersią. Byłem przecież wolny. Intuicja jednak kazała mi co jakiś czas oglądać się za siebie, czy nie idzie za mną jakiś "anioł stróż" o smutnym obliczu. Chciałem jak najszybciej znaleźć się w domu z rodziną. Pomógł mi w tym wspaniały taksiarz z Kielc, który przywiózł mnie do Starachowic za jedyne dwieście złotych. Z chwilą mojego powrotu, w domu zapanowała wielka radość. Następnego dnia musiałem jednak udać się do pracy. Ciekaw byłem, jak przyjmą mnie koledzy. Czy w fabryce działa jeszcze "S". Zaraz za bramą spotkałem dyrektora Zakładu Metalurgicznego, który jakby czekał na mnie. Dostałem od niego ostrzeżenie, że gdy będę prowadził jakąkolwiek działalność solidarnościową czy polityczną, to będzie ze mną źle.

                Na wydziale, na którym pracowałem, kierownikiem był pan inż. Władysław G.. Ten też przyjął mnie bardzo chłodno i z jakąś niechęcią. Poprosiłem o parę dni urlopu, chciałem bowiem rozejrzeć się jak wygląda stan wojenny oglądany z wolności.

                Dostałem urlop, moje samopoczucie szczególnie psychiczne, nie było najlepsze. W okresie urlopu musiałem się zameldować w Komendzie MO u mojego perfidnego "dobroczyńcy i opiekuna" z SB. Otrzymałem instruktaż na jakie tematy wolno mi rozmawiać z ludźmi, a na jakie nie. Dowiedziałem się od tego pana, że Leonid Breżniew jest najmądrzejszym człowiekiem na świecie (ja miałem psa wilczura, który się tak wabił, ale nie był zbyt mądry) i że nikt i nigdy nie zniszczy PZPR przewodniczki narodu. Wysłuchawszy tych "mądrych" pouczeń zebrało mi się na wymioty. Na szczęście kazał mi iść do domu, bo mogłem to zrobić na biurko i znów wylądowałbym w szpitalu psychiatrycznym albo w więzieniu za obrazę władzy PRL.

                Po powrocie do pracy zauważyłem, że wymieniono w dyżurce znaczną część załogi. Ze strony niektórych nowych współpracowników dało się zauważyć niechęć, a nawet wrogość do mojej osoby. Szczególnie jeden elektryk - pan Franiu Ś., który codziennie był na "rauszu", a traktowany był przez kierownictwo i dozór jak święta krowa w Indiach, upodobał sobie moją osobę, aby mnie lżyć, ubliżać i prowokować do bójki. Nie miałem rąk przyrośniętych do... ale zdawałem sobie doskonale sprawę, że cokolwiek by się nie zdarzyło, to winnym będę ja. Zwracałem się na piśmie do Kierownika Wydziału, aby położono temu kres. Nie odnosiło to żadnego skutku. Dyrektor Huty powiedział mi wprost, że jak mi się nie podoba istniejący stan rzeczy, to mogę się zwolnić z pracy. Tego też nie mogłem uczynić, dostałem bowiem zawiadomienie, że jestem zmilitaryzowany. Pan Franio wyżywał się więc nad moją osobą, a ja czekałem, aż mnie z tego powodu kolejny raz aresztują. Stałem się znów kłębkiem nerwów i zmuszony zostałem do porady w Przychodni Psychiatrycznej. Zresztą i na terenie miasta też nie miałem spokoju. Często byłem legitymowany przez patrole MO i ORMO. Nie szczędzono mi słów pełnych upokorzeń i ubliżania mojemu honorowi. Zacząłem korzystać ze zwolnień lekarskich: starałem się leczyć stargane nerwy.

                Napisałem list do szefa francuskich związków zawodowych CGT”FO”, Andre Bergergona, informując go o mojej sytuacji. Ku wielkiemu mojemu zdziwieniu list ten dotarł do rąk adresata i odzew był taki, że pomimo stanu wojennego zaczęli odwiedzać mój dom Francuzi i Francuzki. W sumie odwiedziło mnie kilkanaście osób. Byli to robotnicy, lekarze, nauczyciele i inni. Dwóch z nich - Jean-Claude i Alain zawarli nawet związki małżeńskie z Basią i Anią - dziewczynami z naszych okolic (ze Stykowa i Rzepina).

                Wizyty francuskich przyjaciół podtrzymywały mnie na duchu. Gdy byłem z nimi, jakoś nikt mnie nie zaczepiał i nie legitymował. Raz tylko, gdy byli u mnie Alain i Bruno, przyjechała milicyjna nyska i zostaliśmy zabrani przez milicjantów i SB-eków z biura paszportowego na komendę, aby wyjaśnić dlaczego ich nie zameldowałem. Jak mogłem ich zameldować, skoro wpadli na parę godzin. Będąc na komendzie poczułem się nagle bardzo źle i chciałem spożyć tabletkę przeciwbólową. Por. SB W. przyniósł mi do popicia ciepłej wody w filiżance. Bardzo ciekawe zjawisko zaistniało z tego powodu. Po przyjeździe do domu poczułem się ogromnie śpiący i spałem potem bez przerwy dwie noce i dwa dni. Odwiedzili mnie wtedy państwo Pryciakowie, ale ja byłem nieprzytomny.

                Otrzymałem ostrzeżenie z Komendy MO, że jeśli nadal będę utrzymywał kontakty z Francją, mogę być oskarżony o szpiegostwo. Gdy po skończeniu się zwolnienia lekarskiego wróciłem do pracy, ataki na moją osobę potęgowały się jeszcze bardziej. Z moimi nerwami było coraz gorzej, znów nie mogłem spać ani jeść. Moja waga obniżała się z każdym dniem. W 1984 r. znalazłem się po raz drugi w Morawicy, tym razem na oddziale psychosomatycznym, nie przymusowo, ale z własnej woli. Byłem tam przez miesiąc, ale ordynatorka tego oddziału, pani Apolonia Tarabuła, na każdą sobotę i niedzielę puszczała mnie na przepustkę do domu. Po powrocie do pracy rozpowszechniono plotkę, że jestem nienormalny i nie należy traktować moich wypowiedzi poważnie. Na owe czasy to naprawdę byłem nienormalny, bo jak nikt inny nienawidziłem tego perfidnego systemu, który zwał się Władzą (rzekomo) Ludową. Różnymi sposobami starano się odizolować mnie od ludzi. Stosowano zastraszenie, fałsz i oszczerstwa. Ktoś, kto rozmawiał ze mną, zostawał pozbawiony premii. Nieraz czułem się jak zaszczute zwierzę w matni. MO i SB składały mi propozycje, abym na stałe wyjechał z kraju. Chcieli mi udzielić w tym wszechstronnej pomocy. Kategorycznie odmówiłem.

                11 stycznia oglądałem w telewizji proces morderców Ks. J. Popiełuszki i powiedziałem, że być może w szeregach SB, MO i ORMO jest jeszcze wielu o mentalności takiej jak ci zbrodniarze. Przy wydatnej pomocy lekarza neurologa Ch. oraz lekarza K. zaocznie wydano werdykt umieszczenia mnie znów w szpitalu psychiatrycznym. Tylko tym razem nie w Morawicy, a w Krychnowicach k/Radomia. Zabrano mnie z domu prawie pod przymusem i umieszczono wśród ludzi obłąkanych. Byłem tam dziesięć dni. Podejrzewam, że i tu maczały swoje brudne palce organy władzy ludowej PRL. Później badał i analizował tę sprawę główny specjalista ds. psychiatrii woj. kieleckiego i uznał, że umieszczono mnie tam bezzasadnie. Mam jego orzeczenie. Jednak żadnych konsekwencji w stosunku do winnych nie wyciągnięto. Zacząłem odczuwać coraz większy lęk o swoją przyszłość. Bojąc się, zerwałem kontakty z Francją, bo grożono mi posądzeniem o szpiegostwo.

                W tym też okresie otrzymałem zawiadomienie, że Prokuratura Wojskowa Pomorskiego Okręgu Wojskowego w Bydgoszczy wszczęła śledztwo przeciwko mnie z art. 128 kk, w związku z art. 122 kk (ówczesnego kodeksu karnego) pod takim zarzutem, że ja i trzech innych ówczesnych działaczy politycznych usiłowaliśmy obalić ustrój PRL. Śledztwo to zostało wszczęte dlatego, że w 1981r. byliśmy na wiecu u studentów Wyższej Szkoły Morskiej w Szczecinie podczas ich strajku i ja, zabierając głos, powiedziałem, że należy usilnie dążyć do tego, aby drogą pokojową obalić istniejący ustrój. Za tą wypowiedź groził mi wyrok od ośmiu lat więzienia do kary śmierci. Jednak Sąd był innego zdania niż prokuratura i umorzył sprawę.

                Natomiast w kontaktach ze znajomymi strugałem nadal bohatera, mimo iż ciągle byłem wewnętrznie zastraszony, zaszczuty i rozbity psychicznie. Pamiętając jeszcze to, co pokazał mi SB-ek W.  w więzieniu, zaczęła rodzić się u mnie obsesja na tle niewierności małżeńskiej żony. Chciałem się skoncentrować i pozbierać, lecz pomimo brania leków, nie mogłem. 22 stycznia 1985 roku otrzymałem drugą grupę inwalidzką. Perfidni i wyrafinowani mordercy mojej psychiki, nie mogąc zmusić mnie do uległości, postanowili zniszczyć mnie moralnie i psychicznie, co mogło doprowadzić do mojego samounicestwienia. I o to im chyba chodziło.

                W 1989r. na gruzach antyludzkiej ideologii zaczęła rodzić się w wielkim bólu wolna Polska i ja także zacząłem się odradzać jak fenix z popiołów. W następnym odcinku opiszę i zakończę swoją "odyseję" na drodze do wolności i demokracji.

EPILOG

POKŁOSIE STANU WOJENNEGO

Po uzyskaniu renty inwalidzkiej w 1985r. sądziłem, że sytuacja się zmieni. Żona przerwała urlop wychowawczy i podjęła pracę w Zakładzie Metalurgicznym. Ja opiekowałem się naszym synkiem Karolem. Jednak, jak się okazało, nadal byłem na celowniku Służby Bezpieczeństwa i Milicji Obywatelskiej. Często byłem zatrzymywany przez patrole MO i ORMO. Nie pamiętam dokładnie, ale było to wiosną 1986r. czy też 87r., kiedy to pod Zakładem Metalurgicznym znaleziono pobitego i powieszonego człowieka. Rzekomo był podobny do mnie i taką to rozpowszechniono plotkę, że to byłem ja. Przyjechali nawet do mnie swoją czarną wołgą panowie o smutnych twarzach, aby się upewnić, czy to ja jestem tym wisielcem, czy nie ja. Zobaczywszy mnie w niezłej kondycji psychicznej odjechali niepocieszeni.

Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości w 1989r., postanowiłem w 1990r. kandydować do Rady Miejskiej. Pomimo silnej konkurencji zostałem radnym. Przez ostatnie cztery lata, od roku 2000 do roku 2004, byłem ławnikiem w Sądzie Pracy w Starachowicach.

Pomimo tylu udręczeń i stresów jestem dumny, że w jakimś stopniu także przyczyniłem się do upadku komunizmu. Gdyby Ojczyzna znalazła się w niewoli, to pomimo podeszłego wieku podjąłbym swoją działalność od nowa.

Na koniec chciałbym jeszcze jednak powiedzieć, że ludzi, którzy mnie kiedyś prześladowali i dręczyli, uważam za ludzi małostkowych i słabej wiary. Chciałbym jednak także powiedzieć, że mimo wszystko przebaczam im.

Mnie zaś dobry Bóg podtrzymuje na duchu i jestem pewien, że moje dzieci będą szczęśliwsze niż ja, bo żyją i będą żyć w wolnej Ojczyźnie.

Bóg zapłać za wytrwałość w czytaniu moich wspomnień.

Henryk Miernikiewicz

"Dla żony i ukochanych dzieci"  

  Siedzę w wieczornej ciszy

Spoglądam w stalowe kraty

Zastanawiam się i nie mogę pojąć,

Dlaczego pozbawiono Was męża, opiekuna, taty.

Czy dlatego, że ma wolną, sprawiedliwą duszę,

którą obdarzył go Wszechmocny Bóg.

Czy dlatego, że chciał pomagać bliźnim

wszystkimi siłami jak mógł.

To nieważne, że siedzę w więzieniu

moja dusza jest zawsze wśród Was

Bóg obdarzył ją hartem i męstwem

i to jest już naszym zwycięstwem.

Bądź wytrwała, kochana małżonko

znoś cierpliwie samotność i troski.

Może zalśni słoneczko zwycięstwa,

przyjdą dni prawdy i dni wolności.

Wy synkowie, córeczko, rodzino

pamiętajcie kto więzi ojca i za co.

Historia kiedyś sprawiedliwie to oceni,

że za wolność ducha niewolą nam płacą.

Ja stąd widzę co Wy tam robicie

Ty, żoneczko i Wy, drogie dzieci.

I choć w celi pochmurno, ponuro

mnie widniutko - pięć serduszek świeci.

O godzinie dziewiątej wieczorem

zmówcie pacierz w intencji tatusia

aby szybko powrócił do Was

niech też z Wami uklęknie mamusia.

Płacz Karolka też będzie modlitwą.

Bóg Wszechmocny wysłucha na pewno.

Ja przeżyję i wrócę do Was

i spotkacie się znowu ze mną.

Wiedzcie również, że gdyby los okrutny

rzucił mnie na drugi kraniec świata

zawsze będzie kochał i pamiętał o Was

Twój mąż żoneczko i Wasz kochający tata.