Pełny tekst newsa:

 Żywie Biełarus'
Dodano: 17-03-2006, 05:12

Białorusi nikt nie chce w Europie. To prawda – parlament europejski grozi, że w wypadku niedemokratycznego sposobu przeprowadzenia wyborów kolejne sankcje spadną na reżim Łukaszenki. Ale co czeka Białoruś, jeśli wygra Milinkiewicz?
Putin dostanie szału. Wprawdzie i tak już za parę tygodni ma podnieść ceny na dostawy paliw, szczególnie gazu, ale przecież skok cen będzie wówczas wyższy.

Białoruś żyje dychawicznie, ale jakoś żyje, dzięki przemysłowi przetwórczemu. Surowców praktycznie nie ma. Przemysł jest przestarzały, powstał jeszcze w czasach sowieckich z myślą o tamtejszym rynku i o ówczesnych potrzebach. Produkty ma takie, że daje się je wpychać jeszcze w WNP i w zaprzyjaźnionych reżimach: w Libii, Sudanie, Syrii, Birmie, na Kubie, a także w Chinach, Indiach i w Wenezueli. Handel rządzi się w tych wszystkich wypadkach decyzjami politycznymi. Co się stanie, gdy ich zabraknie?

Czy Białoruś może liczyć na zagraniczne inwestycje? A czemu? Czy jest szansa, że powstanie tam system nie skorumpowany? Mamy w Polsce nasze doświadczenia, widzimy trudną drogę Ukrainy. Ni ma podstaw, by sądzić, że Białoruś zaoferuje coś więcej. Przecież ewentualny sukces może mieć miejsce tylko pod warunkiem, że czynownicy Łukaszenki opuszczą Łukaszenkę. Ale nie opuszczą Białorusi. Już oni o nią wtedy zadbają...

Białoruś jest jedyną byłą republiką sowiecką, w której system kołchozowy raczej trwa. Raczej – bo wobec względnego nadmiaru ziemi kołchoźnicy część areałów dostali w arendę, gdy reszta jest nadal skomasowana. Działa im to żałośnie, ale jakoś działa. Przynajmniej na tle pozostałych państw WNP, w tym i Rosji i Ukrainy – najwydajniej. Eksperymentów się boją – bo tej żywności i tak jest mało.

Kto wie, być może tegoroczny sukces Białorusi, po ubiegłorocznym ukraińskim, po prostu zmusiłby państwa europejskie do podjęcia efektywnego działania na rzecz reintegracji tych państw z resztą kontynentu? Ale czy na pewno? Przecież kilka miesięcy temu Ukraina, podczas kryzysu gazowego, ze strony Europy uzyskała nader warunkowe wsparcie. A przecież Ukraina to – wobec Białorusi - potęga. Na dodatek – Europa zdecydowała się oprzeć swe bezpieczeństwo energetyczne o dostawy rosyjskie. Kalkulacja jest taka – póki rządzić będzie Putin i jego klika, to Rosja tkwić będzie w stagnacji, także gospodarczej i po prostu będzie musiała sprzedawać surowce, by za nie kupować to, czego produkować nie potrafi. Im bardziej skłóci się ze Stanami i im bardziej bać się będzie Chin, tym mniejsze będzie miała pole manewru.

Prawie na pewno Kreml, w wypadku klęski Łukaszenki, popadłby w paroksyzm sklerozy. Już dziś, usty mera Moskwy, ofiarował przytulną kwaterę cmentarną Miloszewiczowi na Cmentarzu Nowodiewiczym. Rosja już nie jest państwem totalitarnym. Putin ze swą ideologią krwawego mocarstwa gardzącego swobodami obywatelskimi i wolnym słowem, ale zapewniającego poddanym iluzję bezpieczeństwa, po prostu, na razie, Rosjanom się podoba. Ale nie wszystkim. I po pogromie na Prospekcie Skaryny, po uprzedniej rejteradzie spod Majdanu Niezałyżnosti, straciłby to poparcie. Rosjanie jakoś nie lubią, historycznie rzecz biorąc, carów przegrywających imperialne wojny.

To wszystko jest prawdopodobne. Ale to jest niepewne. Pewne jest to, że stara Unia Europejska jest zmęczona swym poszerzeniem o nowych dziesięć państw. W perspektywie są Bułgarzy, Rumuni i być może Chorwaci. Sama Ukraina sprawiłaby, że trzeba by zlikwidować dopłaty do rolnictwa. Nie dlatego, że na Ukrainie jest zbyt wiele hektarów czekających na dopłaty. Z tym ustawodawstwo europejskie – wiemy to dobrze – potrafi sobie radzić. Chodzi o zbyt wiele milionów hektarów czarnoziemu, który jakkolwiek racjonalnie zagospodarowany, wytworzyłby tak wielkie nadwyżki produkcji, że z tej biedy przyszłoby chyba nakarmić, za europodatki, wszystkie głodujące dzieci w całej Afryce. I jeszcze by zostało!

Białorusini niczym nie ryzykują – reżim Łukaszenki doprowadzić ich może tylko tam, gdzie od dwunastu lat ich prowadzi. Do całkowitej zatraty. Po przegranych wyborach kolejne setki tysięcy młodych i wykształconych Białorusinów dadzą drapaka w świat. Także do Polski – będą nam pomagać w rozwiązywaniu naszych kłopotów demograficznych. Szansą Białorusinów jest skok w nieznane, obarczony wielkim ryzykiem. Skończyć się może katastrofą nie mniejszą, niż perspektywy pod rządami bat’ki. I to szybko. Dlatego Białorusini podejmują próbę – wystarczy popatrzeć po białoruskich portalach internetowych – dla młodych, wykształconych Białorusinów, posługujących się internetem, Łukaszenka jako kandydat po prostu nie istnieje. Ale to na razie może okazać się tylko próbą. Bo dla zbyt wielu to powolne konanie jest mniej złe, niż ryzyko.

Za dwa dni są wybory. Chciałbym, aby ta cała pisanina okazała się tylko krakaniem. Trzymam kciuki.

km

ps.: gdy napisałem, że nikt nie chce Białorusi w Europie, to oczywiście wiem, że chcemy i my tu w Polsce i Litwini, że podobnie patrzą na problem ci pozostali Europejczycy z Unii, którzy uważają, że budowanie przyszłości na przyjaźni z reżimem autorytarnym w Rosji na jego zasadach, np. za cenę moskiewksiej kontroli nad Mińskiem, jest i nieracjonalne i wstrętne. Ale czy nasze chcieć znaczy móc?

dodał: Krzysiek Markuszewski komentarze [1]

Powered by News Asystent v1.5