Na tropie wolnego słowa

Walka z „wrogą propagandą pisaną”, czyli z publikacjami niewygodnymi dla władz oraz drukami wydawanymi poza ich kontrolą, była prowadzona przez komunistów w Polsce – z różnym natężeniem – przez cały okres istnienia Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej. Zaczęła się ona w 1944 r., gdy do Polski zaczęła wkraczać Armia Czerwona i towarzyszący jej oficerowie NKWD oraz urzędnicy Głównego Zarządu Literatury ZSRR. Pod ich dyktando stworzono system nadzorujący działalność wydawniczą w Polsce, w którym tylko komunistyczna partia i rząd mogły być źródłem wszelkiej informacji, zaś osoby sprzeciwiające się temu miały być represjonowane.

Cenzura  

7 września 1944 r., gdy wojska III Rzeszy okupowały jeszcze dużą część Polski, PKWN powierzył Resortowi Informacji i Propagandy kontrolę nad wszystkimi drukami (łącznie z tekstami technicznymi, nutami czy też kalendarzami), jakie miały być wydawane i rozprowadzane na terenie całego kraju. W następnym roku, 15 listopada powstał Główny Urząd Kontroli Prasy i Widowisk (bardziej znany jako cenzura), który działał bez większych zmian do 11 kwietnia 1990 r. Pracę tej instytucji regulowały przepisy, które mówiły, że cenzorzy mają nie dopuszczać do druku i rozpowszechniania treści godzących w ustrój państwa, ujawniających tajemnice państwowe i niezgodnych z rzeczywistością. Nigdzie jednak nie określono dokładnie, co każde z tych pojęć miało oznaczać. Dzięki temu cenzorzy mogli w dowolny sposób je interpretować i np. informacje o niegospodarności lub brakach w zaopatrzeniu uznawali za tajemnicę państwową i nie zezwalali na ich publikowanie. Decyzje cenzorów były ostateczne i nie można się było od nich odwołać.

Pewną zmianę tego stanu rzeczy wymusiły wydarzenia Sierpnia ’80, po których Sejm uchwalił 31 lipca 1981 r. ustawę o kontroli publikacji i widowisk, mniej surową od przepisów z lat czterdziestych. Umożliwiała ona m.in. oznaczanie w tekście notatką w nawiasie skreślonych przez cenzora fragmentów, a nawet zaskarżenie zakazu publikacji do Naczelnego Sądu Administracyjnego. Uwolniła od kontroli biuletyny przeznaczone do użytku wewnętrznego, publikacje naukowe powielane w liczbie do 100 egzemplarzy oraz druki na prawach rękopisu. Akt ten jednak został zawieszony po wprowadzeniu stanu wojennego, a w 1983 r. tak go znowelizowano, że większość „rewolucyjnych” przepisów straciła moc prawną.

Władze zadbały także o to, by przeciętny obywatel miał utrudniony dostęp do sprzętu oraz materiałów poligraficznych, które w większości były przydzielane przez władze. Drukarnie oraz inne punkty poligraficzne znajdowały się pod nadzorem, zaś każdy właściciel maszyny do pisania miał obowiązek ją zarejestrować.

Przełom czerwcowy  

Wszyscy ci, którzy z różnych przyczyn – najczęściej politycznych - nie godzili się z komunistycznym monopolem informacyjnym, wydawali, przemycali z zagranicy oraz kolportowali różne wydawnictwa bez zgody władz. Łamali w ten sposób ówczesne prawo. Ściganiem takich osób zajmowali się przede wszystkim funkcjonariusze powstałego 21 lipca 1944 r. Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego, przekształconego w grudniu 1956 r. w Służbę Bezpieczeństwa. Często towarzyszyli im milicjanci, pełniący najczęściej pomocniczą rolę.

Do końca lat czterdziestych zakazaną działalnością wydawniczą zajmowali się przede wszystkim żołnierze i członkowie różnych organizacji niepodległościowych. Później najczęściej powracano do niej na krótko podczas większych wystąpień społecznych w latach 1956, 1968 i 1970. Jedną z niewielu organizacji, które w tamtych latach łamały rządowy monopol informacyjny był powstały w połowie lat sześćdziesiątych „Ruch”, którego członkowie - dopóki nie dotknęły ich aresztowania - wydawali w latach 1969-70 dwa pisma.

Sytuacja ta zaczęła się zmieniać w latach siedemdziesiątych, a zwłaszcza w drugiej części tej dekady. Do 1976 roku były to sporadyczne inicjatywy, ale ich liczba rosła. Według danych Służby Bezpieczeństwa latach 1970-71 za wrogą propagandę pisaną w całym kraju aresztowano 68 osób, zaś w pierwszych ośmiu miesiącach 1975 r. czasopisma kolportowano 143 razy, zaś na ulotki natknięto się w 2351 przypadkach.

Wydarzenia Czerwca 1976 r. doprowadziły do tego, że rozproszona do tej pory opozycja zaczęła się organizować i wydawać bez pozwolenia własne pisma. Obok kolejnych organizacji opozycyjnych zaczęły powstawać też niezależne od władz wydawnictwa z Niezależną Oficyną Wydawniczą na czele. Zwiększała się tym samym ilość „bibuły” (tak nazywano nielegalne druki od końca dziewiętnastego wieku, kiedy wydawano je na bardzo cienkim papierze, lżejszym i łatwiejszym do ukrycia).

Nasiliły się w tym czasie działania SB wymierzone w niezależny ruch wydawniczy. Jej funkcjonariusze w jednym ze sprawozdań informowali przełożonych, że mają duże trudności z wykrywaniem miejsc, w których powielano wydawnictwa bezdebitowe. Informowali też, że w latach 1976-1979 zarekwirowali 400 tys. sztuk tych druków, 97 powielaczy ręcznych, 106 maszyn do pisania, 1770 ryz papieru i 113 kg farby drukarskiej. Była to oczywiście niewielka część sprzętu i materiałów poligraficznych, jakimi dysponowali niezależni drukarze. Wydawcy „Biuletynu Dolnośląskiego” obliczyli w połowie 1980 r., że z 12 tysięcy egzemplarzy tego pisma, jakie zostały powielone od czerwca 1979 r. tylko 600, czyli 5 procent zarekwirowała SB. Podczas nieoficjalnych spotkań z członkami PZPR i funkcjonariuszami MO oficerowie SB tłumaczyli, że byliby w stanie zlikwidować całą opozycję, lecz nie czynią tego „ze względu na przejściowe trudności ekonomiczne i konieczną pomoc gospodarczą Zachodu, którego nie należy drażnić represjami”.

Metody tajniaków  

Funkcjonariusze SB nękając wydawców nielegalnych posługiwali się typowymi dla służb specjalnych metodami. Starali się wprowadzać swoich agentów w szeregi opozycji lub spośród jej członków werbować (najczęściej za pomocą groźby, przekupstwa lub szantażu) tajnych współpracowników. Obecnie nie da się już ocenić, do jakiego stopnia SB udało się przeniknąć do opozycji.

Uciążliwe dla opozycjonistów były rewizje ich mieszkań - trwające niekiedy godzinami - które dezorganizowały życie wszystkim domownikom, a niekiedy i sąsiadom. Dotkliwe bywały zatrzymania na czterdzieści osiem godzin, które w myśl obowiązujących wówczas przepisów można było przeprowadzać bez podania dokładnego uzasadnienia. Miały też miejsce wypadki, kiedy ledwo co wypuszczoną osobę zatrzymywano po kilku minutach wolności na kolejne 48 godzin. Czasami „zabawa” taka powtarzała się kilka razy. Władze posuwały się też do preparowania zarzutów kryminalnych. Ofiarami takich praktyk padł m.in. Mirosław Chojecki oraz Bogdan Grzesiak, związani z Niezależną Oficyną Wydawniczą, których aresztowano na początku 1980 r. pod pretekstem kradzieży powielacza. Podczas przesłuchań dochodziło także do pobić, co spotkało m.in. znanego wrocławskiego drukarza Zenona Pałkę w kwietniu 1980 r.

SB obserwowała bacznie ludzi podejrzanych o nielegalną działalność i lokale przez nich używane. W konspiracyjnej gwarze mówiło się wtedy, że opozycjonista złapał „ogon”. Służba Bezpieczeństwa stosowała dwa rodzaje obserwacji. Pierwsza, dyskretna, prowadzona przez kilku-kilkunastu funkcjonariuszy poruszających się kilkoma pojazdami, obliczona była na odkrycie wszystkich kontaktów kontrolowanej osoby. Obserwacja widoczna, określana mianem „japońskiej” lub „ruskiej” obstawy, miała zniechęcić obserwowanego do opozycyjnej działalności. Była prowadzona zazwyczaj przez kilku nie ukrywających się funkcjonariuszy, postępujących krok w krok za obserwowanym, którzy niekiedy legitymowali ludzi kontaktujących się z osobą poddaną obserwacji. Miało to doprowadzić do izolacji towarzyskiej i utrudnić kontakty konspiracyjne opozycjonistów. Rzadziej, przede wszystkim ze względów technicznych i ekonomicznych, SB kontrolowała rozmowy telefoniczne lub montowała urządzenia podsłuchowe w interesujących ją pomieszczeniach.

Mało obecnie znanym elementem wykorzystywanym przez SB były druki „udające” bibułę, czyli tak zwane fałszywki. Preparowano je początkowo w celu ośmieszenia lub skłócenia opozycji politycznej i jej działaczy oraz do dezinformacji i oczerniania. Próbowano także z ich pomocą uwiarygodniać agentów i współpracowników SB, których zadaniem było wchodzenie do konspiracyjnych struktur.

Wojna z „Solidarnością”  

Zasięg bibuły bardzo się zwiększył po Sierpniu ’80, kiedy to prawie każda komórka dziesięciomilionowej „Solidarności” miała ambicje wydawać swoje druki. Dodatkowym czynnikiem, który ułatwił działalność wydawcom bezdebitowym było to, że Służbę Bezpieczeństwa zaskoczyła skala wypadków drugiej połowy 1980 r., a jej funkcjonariusze nie byli przygotowani do konfrontacji z tak dużą organizacją opozycyjną, jaką była „Solidarność”. Dzięki temu przez całe szesnaście miesięcy legalnej działalności Związku liczba represji, jakie spotykały wydawców bibuły, była dużo mniejsza niż przed Sierpniem ’80. Głośna w tym czasie była nagonka władz na redaktorów „Wolnego Związkowca”, wydawanego przez załogę Huty Katowice, jednego ze sztandarowych przedsiębiorstw PRL.

Sytuacja gwałtownie zmieniła się z chwilą wprowadzenia stanu wojennego, kiedy duża część infrastruktury wydawniczej „Solidarności”, z której korzystała większość opozycji, została zarekwirowana lub zniszczona. Mimo tego wydawcy bibuły bardzo szybko otrząsnęli się z zaskoczenia i przystąpili do działalności wydawniczej. Już 13 grudnia zaczęły wychodzić pierwsze komunikaty i ulotki, w ciągu następnych kilku - kilkunastu dni zaczęły powstawać czasopisma, z których wiele ukazywało się do początku lat dziewięćdziesiątych, a nawet i później. Prawdopodobnie pierwszym z nich było “Z Dnia na Dzień” wydawane przez Regionalny Komitet Strajkowy NSZZ “Solidarność” Dolny Śląsk. Pierwszy wojenny numer tego biuletynu wyszedł z datą 14/15 grudnia 1981 r. i do kwietnia 1990 ukazał się 394 razy, co jest krajowym rekordem.

Władze w tym czasie przywiązywały dużą wagę do zwalczania bibuły i według danych SB od wprowadzenia stanu wojennego do 1986 r. likwidacji uległo 1200 powielarni i miejsc kolportażu. Funkcjonariusze SB zarekwirowali też 700 urządzeń poligraficznych i około 5 milionów sztuk różnych wydawnictw. Można przypuszczać, że była to piąta część potencjału poligraficznego, jakim dysponowała opozycja, która dość szybko uzupełniała poniesione straty m.in. dzięki produkcji prostych urządzeń drukarskich, z legendarną drewnianą ramką na czele. Koszt jej wykonania w 1982 r. wynosił około 160 zł, dla porównania: „Trybuna Ludu”, centralny dziennik PZPR, kosztował w tym czasie 4 zł.

Era bibuły zaczęła się kończyć po podpisaniu umów „Okrągłego Stołu” 5 kwietnia 1989 r., w których władze zobowiązały się, że nie będą już represjonować niezależnych wydawców i zakończyła się w następnym roku, kiedy to ostatecznie zniesiono cenzurę w Polsce.

  Szczepan Rudka

Wersja rozszerzona tekstu, który ukazał się w przygotowanym przez Stowarzyszenie Wolnego Słowa dodatku do „Rzeczpospolitej” : „Bibuła. Wolne słowo w Polsce 1976-1980” (Warszawa, czerwiec 2003)