Spalony lokal

-To była chyba zima 79 r. - wspomina Konrad Bieliński. - Spadł świeży śnieg. Drukowałem z Romanem Wojciechowskim na szybkim powielaczu farbowym. Był to jeden z naszych najwygodniejszych lokali na ul. Dziennikarskiej na starym Żoliborzu – wille z małymi ogródkami. W nocy zorientowaliśmy się, że kilkanaście ryz jest źle zadrukowanych (zła strona na odwrocie). Powtarzamy druk, a te złe ryzy  palimy w stojącym obok ogrzewczym piecu koksowym. Paliliśmy w nim często drukarskie śmieci, nigdy jednak takiej ilości  (prawie 10 tys.) zadrukowanych kartek. O świcie wpada wściekły gospodarz – cała okolica pokryta jest strzępami naszych nadpalonych wydruków, które wylatywały przez komin! Kontrast z czystością świeżego śniegu był porażający. Nie było szans, żeby to sprzątnąć. A najgorzej wyglądała większa posesja opodal, której właścicielem  był generał MO. Tak to „spaliliśmy” jeden z najlepszych lokali.

Kto mnie goni?

- Zmierzch 16 grudnia 79 r. Od trzech dni trwa wielka łapanka; tym razem idzie na ostro, to już nie tylko 48 godzin, ale sankcje prokuratorskie - wspomina Konrad Bieliński. - Ci, co jeszcze nie siedzą, nie bywają w swoich domach – w wielu z nich są policyjne „kotły”. Na następny dzień są zaplanowane akcje ulotkowe i plakatowe (9. rocznica masakry robotników Wybrzeża), których zapleczem technicznym jest NOWA. Ja mam szansę zorganizować odbiór wydrukowanych materiałów przez grupy ulotkowe, ale muszę czekać w mieszkaniu Ewy Milewicz na mojego współpracownika, licząc, że on pojawi się tam przed spodziewaną SB. Jednak pierwsza jest bezpieka. Gdy wchodzą do mieszkania, wyskakuje przez okno (1 piętro) i uciekam, widząc kątem oka, że jeden mnie goni. Paniczny bieg przez podwórka, klatki przechodnie, jakiś strych i w końcu gubię goniącego. Po kilku dniach okazało się, że gonił mnie mój współpracownik, który zobaczył, że wyskakuję przez okno i chciał mi przekazać potrzebny adres.

Otwartym szyfrem

Opozycji lat 70. z trudem przychodziła nauka konspirowania, czyli knucia, mimo wielkiej tradycji czasów okupacji. Był chyba 1977r. Spotkaliśmy się w Warszawie, redaktor "Biuletynu Informacyjnego" Gienek Kloc, ja - czyli Jan Strękowski, i działacz Wolnych Związków Zawodowych z Gliwic, górnik Władysław Sulecki. Kilkakrotnie pobity za kontakty z opozycją, wciąż inwigilowany, podczas każdego przyjazdu ciągnął za sobą ogon bezpieki. Gienek zaproponował wtedy, by następnym razem, kiedy telefonicznie będą ustalać termin kolejnego przyjazdu (telefon Suleckiego był podsłuchiwany), datę  zaszyfrować. Dzień, np.środa, miał oznaczać czwartek, a godzina, np.15.00 godzinę 16.00.  Czyli dzień i godzinę do przodu. Po jakimś czasie Gienek dzwoni do Gliwic: - Proszę przyjechać w środę o 15.00 - mówi. Na co pan Władysław: - Rozumiem, środa, piętnasta.... Czyli mam przyjechać w czwartek o 16.00?

Skoda na przyczepkę

- W NOWEJ jednym z najpoważniejszych problemów był transport papieru i wydruków - mówi Konrad Bieliński. - Nie mieliśmy przecież samochodów ciężarowych, a taki "Biuletyn Informacyjny", wychodzący w nakładzie 6500 egz. to było do przewiezienia prawie 500 ryz papieru. Woziliśmy je głównie maluchami. Duże fiaty nie sprawdzały się, siadały pod ciężarem i nie dawały się ruszyć. I oto udało nam się za bezcen zakupić skodę. Była wprawdzie niezbyt praktyczna, nie dawała się uruchomić i musieliśmy ciągnąć ją jak przyczepę za innym samochodem. Ale ponieważ była bardzo pojemna, świetnie służyła jako ruchomy magazyn na kołach.

Zgodny Davies

- Moja pierwsza książka "Biały orzeł czerwona gwiazda", poświęcona wojnie polsko - bolszewickiej 1920 roku, tak jak i kolejna "Boże igrzysko", miała wiele przedruków w podziemiu -  wspominał Norman Davies podczas przygotowywania poświęconego mu filmu "Historia Normana Daviesa”. Zwracano się do niego wielokrotnie o udzielenie zgody na jej wydanie w Polsce w wydawnictwach podziemnych. Oczywiście zgody udzielał. Jedna prośba brzmiała jednak dość niecodziennie. Oto rozmówca, który zadzwonił, poprosił profesora o zgodę na wydanie książki... bez wiedzy i zgody autora. Taką formułką posługiwano się w podziemiu, by chronić autorów publikowanych nielegalnie książek przed represjami. Choć zaskoczony prośbą, Norman Davies na wydanie napisanej przez siebie książki udzielił zgody... bez swojej wiedzy i zgody.

Przepraszam za usterki

- Nie pamiętam większych wpadek redakcyjnych - mówi Joanna Szczęsna - poza jedną, która wywołała burzę. Do redakcji "Biuletynu Informacyjnego" przyszedł  kiedyś list, który uznałam w całości za nudny. Dałam więc do publikacji tylko fragment. "Biuletyn" był drukowany w zszywkach po 4 strony i przygotowywany materiał powinien je wypełnić w całości. Ale tym razem coś nie wyszło. Po wydrukowaniu okazało się, że pod tym skróconym przeze mnie listem z dopiskiem: "Przepraszamy, ale z braku miejsca nie możemy opublikować listu w całości ",  na dodatek kończącym numer, było chyba z 1.5 strony wolnego miejsca.

Anegdoty zebrał Jan Strękowski

Tekst ukazał się w przygotowanym przez Stowarzyszenie Wolnego Słowa dodatku do „Rzeczpospolitej”: „Bibuła. Wolne słowo w Polsce 1976-1980”, Warszawa, czerwiec 2003.