Nguen Gia Kieng w 1973 r. ukończył we Francji Ecole Centrale des Arts et Manufactures i po powrocie do Wietnamu Południowego został specjalistą do spraw gospodarczych. Wykładał w Akademii Ekonomicznej w Sajgonie. W latach 1974 – 1975 był wiceministrem ds. gospodarki. Po klęsce Południa, jak większość urzędników i żołnierzy południowowietnamskich został internowany. W obozach koncentracyjnych (tzw. reedukacyjnych) pozostawał cztery lata. Po zwolnieniu komuniści, ze względu na jego wykształcenie i doświadczenie, zaproponowali mu stanowisko doradcy ds. gospodarczych. Dwa lata współpracował z premierem wywodzącym się z reformatorskiego skrzydła partii. Potem jego doradztwo potraktowano jako zatruwanie „jedynie słusznej” ideologii. Zwolniono go ze stanowiska. Był bezrobotny, nie miał środków utrzymania, obawiał się, ze w każdej chwili może zostać aresztowany. Jego koledzy ze studiów, Francuzi, którzy tymczasem objęli wysokie stanowiska rządowe w swoim kraju, dowiedzieli się o jego losie, wyciągnęli z Wietnamu i udzieli azylu we Francji. Przebywa tam od września 1982 r.

Był współzałożycielem Stowarzyszenia na rzecz Demokracji i Pluralizmu. Początkowo liczyło ono 10 osób, wyłącznie z Wietnamu Południowego. Poza Nguen Gia Kiengiem wśród założycieli byli m.in. wicepremier rządu południowowietnamskiego, dwóch byłych ministrów, oficer lotnictwa ze sztabu generalnego i kilku byłych urzędników wysokiego szczebla.

Organizacja stawiała sobie za cel dojście do porozumienia narodowego, w którym uczestniczyliby również ludzie z rządu z Północy, o ile uznaliby zasady demokracji i pluralizmu. Przeszłość przestałaby mieć znaczenie pod warunkiem demokratyzacji kraju.

 

Kogo pańska organizacja reprezentuje?

- Jednoczymy dysydentów z Północy i ludzi z Południa, wszystkich antykomunistów, a takich jest coraz więcej. Podam jako przykład: zdarzył się człowiek o sześćdziesięcioletnim stażu partyjnym, który do nas przystał.

A więc macie swoich członków w samym Wietnamie?

- Na samym początku byliśmy tylko na obczyźnie, ale powoli zyskiwaliśmy poparcie także w kraju. Działamy tam nielegalnie. Pierwsze ognisko naszego ruchu powstało w Wietnamie w 1990 r. Ludzie, którzy do nas się przyłączają często bywają jednocześnie członkami partii i to na wysokich szczeblach.

I cóż takiego mogą oni zrobić?

- Piszą petycje i raporty wyrażające uznanie dla naszej działalności, że nie jesteśmy antypaństwowi. Ale faktycznie to jest maska.

Taktyka rozmiękczania?

- Za pośrednictwem członków partii.

Więc to raczej postkomunizm niż komunizm?

- Tak różowo nie jest. Ci ludzie unikali aresztowania dzięki przynależności partyjnej. Dlatego nie byli kwalifikowani jako wrogowie ustroju. Potem ich listy otwarte rozpowszechniano jako ulotki. Ale to się skończyło w 1994 r. Zbyt wielu członków partii komunistycznej zaczęło uważać, że demokracja to dobra rzecz. I wtedy zabroniono pisania listów otwartych. Kilka osób uznano winnymi, stracili stanowiska, musieli złożyć samokrytykę. Trzy osoby uwięziono na dwa lata.

Jak dalej potoczyły się losy pańskiej organizacji w Wietnamie?

- Do 2001 r. ruch rozwijał się mimo wszystko. W latach 2001 – 2002 dołączyło do nas wielu młodych. Powstały cztery grupy. Dwie z nich władze rozbiły i skazały dwoje ich liderów na kary więzienia od 4 do 7 lat. Oskarżenia były o szpiegostwo – za to, że kontaktowali się z nami za granicą. 

A jaki stosunek ma władza komunistyczna do pana.

- To zależy od kursu wewnątrz kraju. Półoficjalnie zapraszano mnie, ale nie skorzystałem, bo nie jestem pewien swojego losu. Moim kolegom powiedziano po cichu, że gdybym się zdecydował, to zostanę aresztowany. Myślę, że to była prowokacja. Teraz, zresztą, jest znacznie gorzej. Jak mówiłem, były już poważne wyroki. Świat po jedenastym września skupił się na innych wydarzeniach. Nasza organizacja stała się w Wietnamie wrogiem nr 1. Działamy poprzez Internet, telefony komórkowe (na kartę, żeby nie namierzyli). Można powiedzieć, że Internet stał się u nas odpowiednikiem waszej bibuły. Milicja szuka nie drukarni tylko komputera. Działa nawet tutaj, w Polsce.

Czy wasza działalność przełożyła się na konkretne czyny – strajki, demonstracje?

- Państwo komunistyczne chciało odebrać chłopom ziemię, wywłaszczyć także ludzi z miast. My podburzaliśmy ich do demonstracji. Takie akty zdarzają się często. Były też blokady dróg i urzędów.

Stopniowo od prezentowania interesów osobistych ci ludzie zaczęli przechodzić do spraw ogólniejszych i zaczęli domagać się demokracji.

Na ile masowe jest to zjawisko?

- To małe grupki po 30, 50, najwyżej 200 osób. Ale tu nie chodzi tyle o liczebność co o częstotliwość. Obecnie takie wystąpienia odbywają się prawie codziennie. Ci ludzie nie są działaczami politycznymi – wtedy od razu zostaliby aresztowani – oni występują jako obywatele pokrzywdzeni przez władzę. Wznoszą hasła „Żądamy demokracji”, „Zwalczyć korupcję”.

A więc już można?

- To nie dlatego, żeby Czerwoni zmiękli. Ustrój się rozłazi. Wielka korupcja osłabia autorytet państwa w oczach zwykłych ludzi. Gdyby ktoś chciał spróbować takiego protestu w latach siedemdziesiątych, zostałby zabity albo trafiłby do więzienia.

Co ważne, ci pokrzywdzeni mają zazwyczaj zasługi wojenne, zasługi „dla rewolucji”, są tam i „matki bohaterki”, jak określa się kobiety które straciły dzieci na wojnach. Niektórzy członkowie naszego stowarzyszenia też mają medale za wojnę, za rewolucję.

Trochę to dziwne.

- Wcale nie. Przecież u nas od pokoleń była wojna i na Północy i na Południu. Jest mnóstwo kombatantów, którzy już nie wierzą w to, o co walczyli.

Czy reżim wietnamski podejmuje jakieś kroki przeciwko pańskiej organizacji?

- Od naszych działaczy i sympatyków dowiedzieliśmy się, że Wietnamczycy przebywający za granicą są represjonowani w Wietnamie. Boją się wystąpić o pomoc do wietnamskich organizacji opozycyjnych za granicą, bo nie wiedzą, czy są autentyczne, czy też są prowokacją milicyjną.

Czy stwierdzono istnienie organizacji, która byłaby przykrywką dla wietnamskiej bezpieki? Na przykład w Polsce?

- Są takie przypadki. Wysyłają one ludzi do Wietnamu, żeby werbowali nowych członków, którzy potem są aresztowani. Czy są takie przypadki pochodzące z Polski tego nie wiem. Bywało tak w Ameryce i Europie Zachodniej.

A jak przedstawia się wasza działalność w Polsce?

- Mamy tu do 20 członków, poza tym są sympatycy, którzy czytają nasze gazetki. Można je dostać na stadionie. W organizacji działają i współdziałają z nią przede wszystkim wietnamscy inteligenci. W waszym kraju mogą nauczyć się wiele. Tu jest demokracja, tu można wszystko! Mamy nawet przypadki zmiany nastawienia u tajnych agentów komunistycznych. No, nie w Polsce, ale w Stanach i we Francji to się zdarzało.

Ostatnio sześciu osobom – uchodźcom politycznym z Wietnamu – odmówiono przyznania statusu uchodźcy w Polsce. Jaki los czekałby tych ludzi w Wietnamie?

- Jeśli znalazłyby się w rękach władz wietnamskich, grozi im co najmniej dziesięć lat więzienia, gdyż nasze stowarzyszenie zostało uznane w Wietnamie za element groźny dla bezpieczeństwa narodowego i obronności kraju. Uznaje się je za faktycznie zdolne do obalenia ustroju. Kiedyś, gdy było to uznawane za nierealne, kary za działalność były mniejsze.

Jak świat zapatruje się na waszą działalność?

- Nie wiem jak rząd USA czy Francji oceniają nasze stowarzyszenie, ale wiem na pewno, że wiedzą o naszym istnieniu. Ważne jest także to, że rząd wietnamski uznaje nas za jedyną siłę zdolną do obalenia ustroju i przejęcia władzy.

Jak zatem widzi pan perspektywy obalenia ustroju.

- Naszym celem nie jest obalanie ustroju, my chcemy demokratyzacji Wietnamu. Jeśli partia komunistyczna wprowadzi demokrację, to niech sobie sprawuje władzę. Oczywiście, realia wskazują, że musimy wziąć sprawy w swoje ręce i w przyszłości przejąć władzę, jak tylko nadarzy się okazja. Komuniści też tak uważają. Departament II – wywiad podległy wojsku – opracował raport dla Wojskowego Komitetu Centralnego Partii (faktycznie sprawującego władze w Wietnamie), że może dojść do obalenia ustroju przez organizacje wywrotową działająca za granicą. Komuniści przybierają coraz ostrzejszy kurs. Można z tego wnioskować, że ich upadek, w tej sytuacji społecznej, jest nieunikniony. Mogę tylko wyrazić nadzieję, że odbędzie się to wszystko gładko.

Rozm.: Radosław Januszewski