Dodaj stronę do "ulubionych"

XXX lat Niezależnych Mediów Elektronicznych w Polsce


Podgląd newsa:

 "Gościu od trudniejszych zadań"
Dodano: 18-11-2005, 15:38

Wywiad z Anatolem Lawiną o drugim obiegu wydawniczym w latach 1976 - 1989

Karolina Zioło
Informacje, które mam ze Stowarzyszenia Wolnego Słowa mówią, że na początku był pan członkiem kolegium i kierownictwa NOWEJ. I stąd pierwsze pytanie - jak w ogóle to się stało, że państwo podjęli decyzję o powołaniu wydawnictwa?


Anatol Lawina:
To, że byłem w kierownictwie NOWEJ, nie znaczy, że byłem inicjatorem tego przedsięwzięcia i od początku w niej działałem. W tym czasie wraz ze mną w Instytucie Organizacji Przemysłu Maszynowego pracowali: Ryszard Knauf i Mietek Grudziński. Oni mieli jakieś kontakty z NOWĄ i za ich sprawą włączyłem się do powielania, składania i kolportowania pierwszych wydawnictw. Nakłady ówczesne wynosiły 100 egzemplarzy. Po prostu na pewnym etapie okazałem się niezbędny moim przyjaciołom i tak włączyłem się do tego kręgu ludzi wydających poza zasięgiem cenzury. W gronie przyjaciół chyba od zawsze cieszyłem się opinią specjalisty od spraw trudnych, nierozwiązywalnych. Po kilku udanych przypadkach współpracy koledzy mi zaufali i - wiedząc, że potrafię załatwiać rzeczy niemożliwe - pewnego dnia przyszli do mnie i mówią, że jest poważna sprawa. Teksty dla NOWEJ były pisane na maszynie IBM, w której zepsuła się głowica. Natychmiast potrzebna była nowa, a jej zdobycie graniczyło z cudem. Podjąłem się tego zadania, zamówiłem głowicę oficjalnie w IBM, ale oni mogli sprzedać ją do Polski tylko za dolary przesłane oficjalnie przez Polski Bank. Zdobyłem dolary, które uprawniały bank PKO S.A. do otwarcia akredytywy na dostawę głowicy IBM z polskimi znakami „ą ę ź ó ń ł ż”. Dziś zamówienie dowolnej głowicy za pośrednictwem internetu trwałoby kilka sekund, dzień lub dwa na mieście. Wtedy wymagało to trzech miesięcy, sprytu i łutu szczęścia. Tak nieoczekiwanie znalazło się dla mnie miejsce w kierownictwie NOWEJ jako człowieka do specjalnych zleceń. Od tej pory zajmowałem się kwestiami technicznymi, zaopatrzeniem, logistyką. Dla funkcjonowania nielegalnego wydawnictwa były to sprawy fundamentalne.

Znalazł się Pan zatem w Kolegium NOWEJ.

Tak - i z tej racji zajmowałem się nie tylko logistyką, ale także współuczestniczyłem w podejmowaniu decyzji wydawniczych. Dyskutowaliśmy o poszczególnych pozycjach, co drukować, a czego nie, jak przełamywać codzienne problemy, których przecież nie brakowało.

Czy pamięta Pan dyskusje, w trakcie których kwalifikowaliście pozycje do druku?

Pamiętam, tym bardziej, że w wyniku jednego z takich sporów po koniec 1979 roku rozstałem się z Kolegium. Sprawa dotyczyła wydania nowej pozycji o pakcie Ribentrop – Mołotow. Zbliżała się okrągła rocznica wybuchu II Wojny Światowej. Zaproponowałem wydanie książki Bregmana „Najlepszy Sojusznik Hitlera”, tomik niewielki, jednoznacznie określający nasz stosunek do paktu. Powstał spór, czy akurat tego typu wydawnictwu trzeba poświęcać nasze środki i czy warto ryzykować. Dla mnie przekonywanie niektórych kolegów o potrzebie takich publikacji było niezrozumiałe. Jeśli już ryzykujemy, to czyńmy to w imię odkłamywania naszej historii, drukujmy o Katyniu, o pakcie Ribentrop-Mołotow, sowieckiej agresji, państwie podziemnym AK. Były to spory o dużym znaczeniu dla profilu wydawnictwa, które przecież spełniało wielką rolę edukacyjną wobec społeczeństwa od lat urabianego kłamliwą propagandę komunistyczną.. Rozstałem się z kolegium NOWEJ w momencie, gdy argumenty i dyskusje zastępowano faktami dokonanymi. Ale w NOWEJ funkcjonowałem nadal do powstania Solidarności

Czym zajmował się pan w latach następnych?

Za najważniejsze w latach 1980-81 uważam moje zaangażowanie w działalność organizacyjną niezależnego ruchu związkowego. Zawsze umiałem sobie znaleźć robotę niezależną od ideologii, dlatego zaangażowałem się w organizowanie zjazdu delegatów i wyborów w regionie Mazowsze oraz przygotowaniem drukarń dla potrzeb nowego ruchu.

Jak wyglądało zakładanie oficyn wydawniczych? Skąd papier, ludzie, lokale?

Tak, rzeczywiście, podstawowym problemem w organizowaniu drukarni było znalezienie lokalu. Jak się znalazło lokal, to wtedy pojawiały się następne problemy, ale najpierw trzeba było znaleźć odpowiednie miejsce.

Jakiego typu lokale Pan wybierał najchętniej?

Najczęściej takie, na jakie pozwalały miejscowe warunki i takie, które zdawały się być najbezpieczniejsze. Na ogół staraliśmy się jednak o piwnice. Po pierwsze ze względów bezpieczeństwa, ale także i dlatego, że to jest praca brudna i niestety głośna. Część poligrafii, tak zwany druk na sicie, można było rozdzielić na kilka miejsc i zorganizować coś w rodzaju produkcji chałupniczej. Następna kwestia to było zdobycie materiałów do druku, farb i papieru. Farby kupowaliśmy nielegalnie od drukarzy lub też produkowaliśmy sami ze zdobytych różnymi drogami składników chemicznych. Zdobycie papieru – to była zawsze trudna i ryzykowna część operacji, ponieważ bezpieka bacznie obserwowała rynek i natychmiast przyciągały jej uwagę większe zakupy. Dodajmy do tego trudności rynkowe, braki wszystkiego, a papier był reglamentowanym towarem politycznym. W związku z tą reglamentacją w 1964 powstał protest pisarzy, a na Uniwersytecie zwołano nielegalny wiec. Jak zatem zdobywaliśmy papier? Różnie, jak się tylko dało. Trochę kupowaliśmy nielegalnie wprost w drukarniach, część po prostu w sklepach, nabywając po jednej czy dwie ryzy za jednym razem. Były i przypadki bardziej spektakularne. Autorem jednego z nich byłem ja. Wpadłem na pomysł zakupienia jednorazowo czterech ton papieru - tyle powinno się zmieścić się na jedną ciężarówkę Plan zakładał akcje błyskawiczną. To znaczy z chwilą zapłacenia za zamówiony papier gotówką należało go natychmiast wywieź z hurtowni tak, aby nikt nie zdążył donieść do SB o tak dużym zamówieniu. Z dużym trudem udało mi się znaleźć garaż taki, który by pomieścił tyle papieru, oraz do którego nikt za drugim razem nie potrafił samodzielnie trafić. Zwłaszcza aby taksówkarz bagażówki, którą zamierzałem przewieź zakupiony papier, nie potrafił trafić do tego garażu., taj na wszelki wypadek, gdyby SB i przesłuchiwałoby jego. Bowiem przy wyjeździe z. hurtowni zostawiało się kopie faktury z numerem rejestracyjnym samochodu. Plan zakładał aby z hurtowni wyjechać do 13, a czas od zapłacenia faktury do wyjazdu nie trwał dłużej niż pół godziny, kiedy już wszystko było przygotowane. Napisałem zamówienie do hurtowni na papier dla fikcyjnego stowarzyszenia historycznego. W umówiony piątek rano (to dawało mi trzy dni na późniejsze rozwiezienie papieru do ostatecznych kryjówek) udałem się do hurtowni. Na nieistniejącą instytucję zakupiłem aż cztery tony papieru! W hurtowni nie pytali o szczegóły, wzięli pieniądze, wystawili fakturę i kwity do magazynu. Tam, zgodnie z planem, szybko załadowaliśmy cztery tony papieru na taksówkę bagażową. Zajechaliśmy na miejsce, gdzie w czterech rzędach stało około 200 garaży. Okazało się, ze umówiony garaż miał inną kłódkę niż ta, do której miałem klucze, taksówkarzowi powiedziałem, że pomyliłem klucze. Pomógł rozwalić kłódkę. Wtedy pojawiła się następna przeszkoda. W garażu stał Wartburg, którego właściciel na czas przerzutu papieru miał wyprowadzić na inny parking, tak jak z nim się umówiłem przedtem. Zamarłem z wrażenia, oto cały misterny plan powoli się wali, za chwilę taksówkarz bagażówki może się zorientować, że coś jest nie tak. Jak zareaguje nie wiadomo, bo wybrałem go z postoju taksówek bagażowych. Po chwili kazałem chłopakom papierem zasypać Wartburg tak, aby cały transport zmieścił się w garażu. Potem z taksówkarzem pojechałem jeszcze niby na inny kurs, ale w pewnym momencie powiedziałem mu, że niestety musimy zakończyć kurs twierdząc, że muszę szybko kupić kłódkę i zwolnić chłopaków do domu. Wieczorem u Mirka Chojeckiego spotkałem jakiegoś jego nieznajomego, który zaskoczony niespodziewanym, ogromnym ładunkiem papieru w jego garażu, nie może z garażu wyjechać swoim samochodem. Słowem dramat. Podejrzewał prowokację i różnymi drogami dotarł do nas błagając, aby mu pomóc pozbyć się trefnego towaru. Zorientowałem się, że pomyliłem garaż i papier złożyliśmy nie tam, gdzie byliśmy umówieni Oczywiście przeprosiliśmy nieszczęsnego właściciela garażu i papier rozwieźliśmy we właściwe kryjówki

Który etap powstawania nielegalnego druku był, według Pana, najtrudniejszy?

Po latach sobie myślę, że najbardziej to nam doskwierał brak czasu. Tyle rzeczy trzeba było zorganizować, tyle zrobić, a czasu ciągle było za mało. I to praktycznie na każdym etapie pracy. Dlatego tak ważna była precyzyjna organizacja, dokładne zgranie wszystkich elementów układanki, niezawodne środki bezpieczeństwa. Chyba w znacznym stopniu udało się nam to osiągać, bo jednak nielegalny ruch wydawniczy w Polsce był przedsięwzięciem o bardzo szerokim zakresie i odzewie. Z technicznego punktu widzenia najwięcej trudności, w warunkach konspiracji, sprawiały - poza likwidacją drukarni po skończonej pracy - introligatornia i kolportaż. Sam proces drukowania jest w zasadzie prosty, wykonuje go fachowa ekipa, drukarnia była zazwyczaj dobrze zakonspirowana i miała zakaz kontaktu ze światem zewnętrznym.

Ile dziennie można było wydrukować egzemplarzy?

Zazwyczaj w końcowej fazie naszej działalności w ciągu trzech dni drukowaliśmy nakład do trzech tysięcy egzemplarzy, to zależało od objętości pozycji. Potem była mitręga z introligatornią i kolportażem

Czy zdarzało się korzystać z legalnych zakładów poligraficznych?

W zasadzie było to niemożliwe i wiązało się z ryzykiem szybkiego wykrycia przez bezpiekę. Duże drukarnie były pod stałą kontrolą, tak SB, jak i cenzury. Myślę, że funkcjonowała w tych największych, drukujących gazety, także agentura WSI. Nie było powodu, by ryzykować takie brawurowe przedsięwzięcia. Natomiast, jeśli chodzi o małe drukarnie lokalne, kościelne lub prywatne, to oczywiście zdarzało się nam korzystać z ich usług. Nie zawsze chodziło o wykonanie prac poligraficznych, częściej o odkupienie materiałów przeznaczonych dla tychże zakładów.

Jakie były źródła pochodzenia maszyn drukarskich na potrzeby nielegalnych wydawnictw?

Dobre maszyny drukarskie były przywożone z Zachodu. O ile wiem, to pochodziły z różnych źródeł, a trafiały do Polski w zakonspirowanych transportach, „udając” maszyny transportowe czy budowlane. Pamiętam jak w zimę stulecia 1978 r. z Ryśkiem Knaufem odbieraliśmy z budowy fabryki azotów we Włocławku przemycony sprzęt poligraficzny, który został dostarczony jako pilna przesyłka z bardzo ważnymi częściami do jakiejś instalacji chemicznej. Była to mieszanina horroru z komedią pomyłek zakończona happy end-em. Gdybym chciał nakręcić zabawny film o przemytnikach, to tę historie wziąłbym za kanwę tego filmu.

Czy korzystaliście w tym względzie z pomocy ambasad państw zachodnich?

To był bardzo delikatny problem. Ambasady unikały angażowania się w takie przedsięwzięcia, by uniknąć konfliktu dyplomatycznego. I to jest zrozumiałe. Z naszej strony natomiast obawialiśmy się, że kontakty z obcymi placówkami dyplomatycznymi spowodują oskarżenie nas o szpiegostwo. A prawo w tej materii jest bardzo surowe i nie bez znaczenia był tu fakt ewentualnego wykorzystania przez propagandę komunistyczną takich oskarżeń przeciwko opozycji demokratycznej

Jak organizowaliście kolportaż swoich wydawnictw?

Jak już wspominałem, kolportaż należał do zadań najtrudniejszych. Jego organizowaniem zajmowali się koledzy najbardziej zaufani i doświadczeni. Kolportaż angażował największą liczbę ludzi i właśnie wokół niego zaczęły się tworzyć najszerzej środowiska opozycyjne. Na tej płaszczyźnie rodzić się mogły poważne wpadki i prowokacje polegające choćby na wpuszczaniu do naszego obiegu SB-eckich fałszywek. Dlatego też kolportaż to tak ważna i wrażliwa część działalności wydawniczej.

Jak wyglądał kolportaż NOWEJ w tym czasie, kiedy Pan to organizował?

Technika kolportażu była prosta. Opierała się na siatce ludzi zaufanych mających dostęp do środka transportu i zakonspirowanego lokalu, którego właściciele nie bali się działań nękających Służby Bezpieczeństwa. Ponadto funkcjonowały w Warszawie pół jawne punkty kolportażowe np. u Ewy Milewicz, Jacka Kuronia. Robiono na różnych spotkaniach latające kiermasze. Ten rodzaj kolportażu rozwinęli Tadek i Ania Walendowscy w swoim słynnym salonie kultury niezależnej na ulicy Puławskiej, gdzie były spotkania dyskusyjne z przedstawicielami różnych środowisk opozycji i z różnymi twórcami niezależnymi. W tamtych czasach niezależni, to ci którzy tworzyli poza cenzurą

Ile egzemplarzy mógł taki kolporter rozprowadzić?

To zależało od jego inwencji i szacowanego zainteresowania. Bardzo często dostawałem sygnał, że na dane adresy trzeba dostarczyć egzemplarze wydawnictw. To było 20, 30, 100 i rzadko 200 egzemplarzy. Potem te książki szły dalej w Polskę rozwożone przez następnych kolporterów. Ja interesowałem się tylko pierwszą dostawą na punkt kolporterski. Dalsze drogi już mnie nie interesowały.

Jak wiele osób, Pan zdaniem, było zaangażowanych w konspiracyjnym ruchu wydawniczym? Czy da się obliczyć to zjawisko?

Ależ owszem, usiłowano robić takie szacunki. Najlepiej gdyby pani zapytała o to Krzysztofa Markuszewskiego.

Już pytałam i on ocenia ten ruch na od 9 do 12 tysięcy ludzi.

Tak, zgadzam się z tym szacunkiem, ale z zastrzeżeniem, że dotyczy to całego okresu podziemnej działalności wydawniczej. To jest od początku NOWEJ do niepodległości, czyli od 1976 do 1989 roku. Natomiast jeśliby obliczać zaangażowanych w pierwszym okresie NOWEJ, to jest od początku do stanu wojennego, to sądzę, że było nas w całej Polsce nie więcej jak 600 osób. Skąd ta liczba? Otóż, jak pamiętam, chyba z okazji wydania setnej pozycji NOWEJ, zorganizowaliśmy w Warszawie spotkanie współpracowników. Przybyło wówczas 200 osób. Ocenialiśmy, że przybyła co trzecia zaangażowana osoba.

Kto stanowił najliczniejszą grupę w gronie ludzi związanych z NOWĄ?

Niewątpliwie kolporterzy. Na drugim miejscu postawiłbym drukarzy.

Jak wyglądały kwestie bezpieczeństwa takiej podziemnej oficyny?

Bezpieczny lokal to podstawa funkcjonowania drukarni. Zasad konspiracji uczyliśmy się z marszu i niestety na własnych błędach. W pewnym okresie ustaliliśmy, że ja zajmę się analizą dotychczasowych wpadek i opracuję coś w rodzaju katalogu porad na temat zasad bezpieczeństwa w konspiracji. Chodziło o to, żeby wprowadzić dyscyplinę w podziemne struktury wydawnictwa. Nie było łatwo, ale z czasem wszyscy zrozumieli, że tylko bezwzględne przestrzeganie zasad daje gwarancję bezpieczeństwa. Nie raz mieliśmy dowód na to, że nawet niewinny telefon do znajomego może przyciągnąć uwagę SB i sprowadzić nieszczęście. Tak też mi się zdarzyło. Kiedyś zadzwoniłem do znajomego, o którym byłem pewny, że nie ma nic wspólnego z opozycją, z pytaniem, kiedy odda mi album. Po latach zgadaliśmy się, że to ten telefon spowodował potworny nalot milicji na jego dom, trochę mu wpadło z jego kolekcji wydawnictw niezależnych.

Jak często zdarzały się wpadki?

Ryzyko było wliczone w tę działalność i wpadki się zdarzały. Pociągały za sobą aresztowania i konfiskatę gotowych książek, materiałów i maszyn. Były to straty bolesne, ale nigdy nie zahamowały podziemnego ruchu wydawniczego. W początkowym okresie było wpadek więcej. Wpadki te wynikały z małego doświadczenia z naszej strony , a także, co zabrzmi paradoksalnie, z małego doświadczenia SB. W początkowym okresie, jak tylko z donosu o czymś się dowiadywali, to natychmiast robili rewizje To pozwoliło nam na wypracowanie bezpieczniejszego działania, oraz eliminowanie ludzi nieodpowiednich do tego typu pracy. Potem wpadki były w „Nowej” bardzo rzadkie, ale za to bardziej dotkliwe.

Co się działo z egzemplarzami, które trafiały do SB?

O widzi Pani, to jest ciekawa rzecz. Z tego co wiem, to funkcjonariusze bardzo często zarekwirowane książki rozprowadzali pomiędzy sobą. Nie wiem, czy traktowali je jako trofea, czy uważali, że w ten sposób polepszają swe techniki operacyjne. Jest faktem, że w ten swoisty sposób kolportowali podziemne wydawnictwa w swych środowiskach i rodzinach. Pamiętam, że w czasie rewizji ginęło mi sporo książek. Prawdopodobnie brali je z ciekawości i na pamiątkę.

Czym różnił się podziemny ruch wydawniczy na przestrzeni lat 70, od tego w następnej dekadzie lat 80-tych?

W latach osiemdziesiątych ja zajmowałem się już innymi przedsięwzięciami i nie śledziłem tak szczegółowo losów wydawnictw. Wiem tylko, że powstawały nowe środowiska wydawnicze, bardzo często wydawali jedną, dwie pozycje i przekształcali się w nowe wydawnictwo. Różne środowiska drukowały dla siebie swoje pisma. Ruch się bardzo rozwijał tak, że w działalność wydawniczą było zaangażowanych od 9 –12 tysięcy ludzi. Były takie wydawnictwa, które trafiały na przykład w jakąś niszę kulturową i robiły naprawdę dobre robotę, ociągały sukces także w sferze finansowej. I jak to w życiu bywa, jedne wydawnictwa powstawały, inne padały. Bezpieka chyba bardziej polowała na różne pisemka związkowe i niepodległościowe, niż na książki. Poza tym wydawnictwa książkowe były o wiele lepiej zorganizowane, miały lepszych fachowców i lepszy sprzęt. Pamiętam taką historię - mieszkańcy domu zaalarmowali, że gdzieś na ul. Nowowiejskiej bezpieka obstawiała podziemną drukarnię. Przez cały tydzień przekazywaliśmy ostrzeżenia wszystkim znanym nam strukturom, wszystkie dopowiadały, że tam nie drukują. Dwunastego dnia bezpieka weszła do obstawionego lokalu i wtedy okazało się, że to była drukarnia struktury z innego regionu kraju. Ta historia mówi o wielkości skali ruchu wydawniczego W sumie mogę powiedzieć, że ruch wydawniczy podziemny istniał do końca PRL-u i korzystał z doświadczeń konspiracyjnych i organizacyjnych, które wypracowaliśmy w NOWEJ. Nasze doświadczenia konspiracyjne były wykorzystywane również w organizacji podziemnej Solidarności. Podziemne zaplecze organizacyjno-techniczne RKW Mazowsze było oparte na ludziach związanych z niezależnym ruchem wydawniczym.

Jakie były źródła pochodzenia książek, które drukowała NOWA?

Różne były źródła. Chodziło przecież o książki, które albo wcale nie mogły być wydawane, albo ukazywały się mocno pokiereszowane przez cenzora. I tu źródłem były biblioteki, publiczne i prywatne, zasoby paryskiej KULTURY, stare wydawnictwa przedwojenne, czy wreszcie książki pisane specjalnie na zamówienie NOWEJ. Była to swego rodzaju specjalizacja NOWEJ. Jeszcze wrócę do książek zatrzymanych przez cenzurę. Mieliśmy swoje źródła informacji i wiedzieliśmy, który pisarz stacza akurat boje z cenzurą i co komu odrzucono. Proponowaliśmy wówczas swoje usługi wydawnicze i muszę przyznać, że w większości przypadków autorzy z tych propozycji korzystali. Bywało również i tak, że cenzura zwalniała jakąś pozycję do druku w obawie, aby autor jej nie drukował u nas w NOWEJ, lub w niezależnym periodyku. Jeśli natomiast chodzi o kwalifikację do druku w Nowej, to decydowało o tym kolegium wydawnictwa. Każdy z nas miał prawo głosu i każdy z niego korzystał. Jak gorące to były dyskusje już wspominałem.

Czy Nowa płaciła honoraria swoim autorom?

Oczywiście, wydawnictwo wypłacało honoraria autorom. Zresztą wszyscy zatrudnieni drukarze w NOWEJ otrzymywali wynagrodzenie, traktowaliśmy to jak normalne zatrudnienie na zlecenie. Źródłem sukcesu Nowej był stały trzon drukarzy, którzy traktowali swoją prace zawodowo, a nie amatorsko. W sposób, nazwijmy to, prowizyjny, przekazywaliśmy kolporterom, w zależności od tego ile rozprowadzali książek, bezpłatne 5 do 10 procent egzemplarzy. Część z nich pokrywała z tego swoje koszta, a resztę bezpłatnie przekazywała dalej. Część naszych wydawnictw przekazywaliśmy bezpłatnie niezależnej bibliotece - była to inicjatywa prowadzona przez Teresę Bogucką. Wiem, że jedną czytelnię i punkt kolportażowy prowadził Janek Kelus wraz ze swoją żoną Urszulą Sikorską

Jak pan sądzi, w jakim stopniu środowisko drugiego obiegu pod koniec lat 70-tych mogło być infiltrowane przez SB?

Byliśmy infiltrowani na różne sposoby, co do tego nie mam żadnych wątpliwości.
Podam pani taki przykład. W marcu 1980 roku środowisko NOWEJ uruchomiło operację „Bojkot wyborów”. Chodziło o ogłoszone na dzień 23 marca 1980 r. wybory do Sejmu. Na pomysł tej akcji padliśmy niezależnie: Witek Łuczywo i ja. Witek był wtedy szefem techniki pisma „Robotnik”. W ostatnich dniach przed wyborami mieliśmy drukować ulotki i kolportować je na mieście. Ale okazało się, że w tych ostatnich dniach bezpieka rozpoczęła aresztowania naszych ludzi. Metodycznie, jakby czytając z listy, zamykali na 48 godzin wszystkich zdolnych do drukowania i rozrzucania ulotek! Po tych 48 godzinach ponownie zamykali. Musieli mieć bardzo dobre rozeznanie, kto mniej więcej czym się zajmuje. Trudno go nie mieć, jeśli latami śledzi się, aresztuje, rewiduje. Kto donosił, powiem szczerze, że mnie to nigdy nie zajmowało. Dla mnie w działalności konspiracyjnej była ważna tylko kwestia czasu. Szybko wykonać i zlikwidować ślady, a reszta - nieistotne. Pojawiały się co prawda pomysły, by utworzyć komórkę badającą szczelność naszych szeregów, ale na szczęście nigdy nie doszło do swoistego powielenia tajnych służb w naszych szeregach.
Myślę, że teraz nadmiernie eksponuje się rolę agentów. Wtedy jakoś nie wiele mieli sukcesów. Nie udało się SB wprowadzić do obiegu ubeckie fałszywki jako nasze wydawnictwa. A to by się naprawdę liczyło. Większość naszej działalności była jawna, tylko niewielka część, czysto techniczna, była robiona z zachowaniem zasad konspiracji. Prawdziwa działalność podziemna była prowadzona dopiero w Stanie Wojennym.
Wracając do bojkotu wyborów. Na koniec okazało się, że z dobrze przygotowanego do akcji zespołu pozostało nas tylko trzech. Trzech członków kolegium NOWEJ – Mirosław Chojecki, Konrad Bieliński i ja. Cóż było robić? Wzięliśmy się do roboty i sami wyprodukowaliśmy 150 tysięcy ulotek, które na własnych plecach potem taszczyłem 20 km z Mirkiem Chojeckim spod Warszawy. W piątek 21 marca, we trzech od samego rana rozrzucaliśmy w różnych miejscach Warszawy ulotki drukowane jeszcze w nocy poprzedniego dnia.

Na jakie podstawy prawne powoływały się władze zatrzymując członków opozycji?

Wymyślano różne preteksty. Koledzy byli skazywani za zaśmiecanie, zakłócanie ciszy nocnej, brak meldunku. Tu chodziło tylko o pretekst, czasami śmieszny. Za wspomniane już rozrzucanie ulotek w dniu 21 marca 1980 roku mnie skazano na trzy miesiące aresztu z paragrafu o zakłócaniu porządku publicznego. Przyznam, że rzeczywiście ten porządek nieco zakłóciłem, zwłaszcza w momencie rozrzucenia ostatniej porcji ponad 10 tysięcy ulotek. Zastosowałem wtedy technikę polegającą na zrzuceniu całej masy ulotek z najwyższego obiektu w okolicy. Wszedłem na dach wieżowca na rogu ulic. Skolimowskiej i Puławskiej, stamtąd cisnąłem z wiatrem tysiące ulotek. Było to w okolicy Placu Unii i cała okolica, aż po ulicę Rakowiecką, momentalnie pokryła się ulotkowym nalotem. Przy wyjściu z tego budynku aresztowała mnie bezpieka. Wówczas zostałem oskarżony o zakłócanie porządku publicznego, skazano mnie na trzy miesiące bezwzględnego aresztu. Ubecy potem mówili przy odprowadzaniu z sali sądowej, że tak surowy wyrok, jak na tamten okres, otrzymałem za to, że duża cześć ulotek doleciało na podwórka MSW. A to oznacza, że wtedy ulotki leciały do pół kilometra. Nieźle!. Warto było siedzieć trzy miesiące za taką frajdę.
Dziękuję Panu za rozmowę.

Warszawa, 16.02.2005
Karolina Zioło: Absolwentka wiedzy o kulturze i filologii rosyjskiej (Uniwersytet Warszawski). Powyższy wywiad z Anatolem Lawiną jest elementem
bazy źródłowej jej pracy doktorskiej poświęconej drugiemu obiegowi i samizdatowi. Praca powstaje na University of Sheffield w Wielkiej Brytanii.

dodał: Krzysiek Markuszewski

Komentarze do newsa:

Dodano: 18-11-2005, 16:51
Host: chello084010066150.chello.pl, IP: 84.10.66.150

tekst ten zostanie opublikowany także w najbliższym numerze internetowych "Kontratekstów".

autor: Krzysztof Markuszewski

Dodano: 19-11-2005, 21:29
Host: chello084010066150.chello.pl, IP: 84.10.66.150

W czerwcu zgłosiła sie do mnie Karolina Zioło, jako doktorantka brytyjskiej uczelni pisząca o samizdacie i drugim obiegu. Udzieliłem jej informacji i porozumiałem z Anatolem Lawiną, by dowiedziała się więcej. Efektem jest powyższy wywiad.
No i dobrze. Bieda z tym, że pani Zioło nie wspomniała o swej aktywności w SLD. Jest ona członkiem Krajowego Komitetu Wykonawczego tej partii, jak również członkinią władz FMS.
Niby nic, ale jednak pamiętam, jakie pomysły na temat IPN mieli eseldowcy. Przypominam sobie niemiłe uwagi o byłych działaczach podziemia wypowiadane przez panią Senyszyn, pana Jarzębowskiego. Tak zwany twardy ektorat eselde nie stanowią ludzie o poglądach lewicowych. lecz byli ubecy i donosiciele. W mym przekonaniu nie jest to partia lewicowa, lecz postkomunistyczna.
Ufam, że pani Zioło dąży do rewizji poglądów dominujących w jej partii.
Mimo to jednak wypadało, by wspomniała o swych umocowaniach politycznych. Wypadało wreszcie, by ta moja ufnośc została wsparta jasnym oświadczeniem autorki wywi...

autor: Krzysztof Markuszewski

Dodano: 19-11-2005, 21:34
Host: chello084010066150.chello.pl, IP: 84.10.66.150

c.d. poprzedniego postu
(automat ogranicza rozmiary komentarzy)

...autorki wywiadu.
Tolkowi cała historia nie przeszkadza, no więc niech sobie tekst wisi... Tak czy inaczej jest źródłem historycznym.
A swoją drogą - teraz to eseldowcy schodzą do konspiracji. Przecież nie ze strachu, więc może ze wstydu...

autor: Krzysztof Markuszewski

do góry | ostatnie newsy [5]


Powered by News Asystent v1.5


STOWARZYSZENIE WOLNEGO SŁOWA

tel. (022)405-66-30; (022)405-66-31; fax. (022)828-52-52
e-mail: sws@sws.org.pl
ul. Marszałkowska 7
00-626 Warszawa

Za zamieszczone teksty odpowiada Zarząd SWS.
Komentarze oraz wypowiedzi na Forum Dyskusyjnym wyrażają poglądy autorów.
Kreacja strony WWW oraz wdrożenie modułów forum i galerii: Robert Franckowski