Dodaj stronę do "ulubionych"

XXX lat Niezależnych Mediów Elektronicznych w Polsce


Podgląd newsa:

 Wspomnienia Romana Bielańskiego
Dodano: 19-10-2005, 17:04

Areszt

Od pewnego czasu miałem podstawy aby podejrzewać, że jestem znany ubecji, a co gorzej znają moją rolę w organizacji. Teoretycznie powinien być przygotowany do aresztowania i jakoś byłem. Ale jak to bywa, teoria teorią a zderzenie się z realiami to już zupełnie inna sprawa. Dla mnie cała „zabawa” zaczęła się od zabawnego incydentu, ze śmieszności którego zdałem sobie sprawę dopiero następnego dnia. W owym czasie, ze względu na dojazdy do pracy ze Skierniewic do Ursusa, spotkania w Warszawie i pełnoetatową pracę byłem permanentnie niedospany. Już w więzieniu policzyłem, że wychodziło może ok. 3 godzin na dobę. Na dodatek jako „sowa” i tak z trudem się budzę, a przytomnieję po godzinie od wstania albo i później. W tej sytuacji moja żona wstawała trochę wcześniej (ok. 5 rano) aby dać mi jeszcze parę minut snu. Widać dom był obstawiony wcześniej bo w momencie kiedy zapaliła światło rozległo się pukanie do drzwi. Anka zaczęła mnie budzić, a twierdzi, że mówiła mi, że milicja dobija się do drzwi, ale do mnie dotarło, że coś się dzieje za drzwiami. Jako że sypiałem bez piżamy, naciągnąłem jakieś slipy i otworzyłem drzwi. Za drzwiami w małym korytarzyku tłum cywili. Na czele z groźną miną stał jakiś niewysoki facet i wsadził mi lufę w brzuch. Był listopad, zimny metal na nagim brzuchu nie był miłym powitaniem. Wykonałem gest jakbym opędzał się do muchy i powiedziałem: zabierz pan to bo mnie łaskocze. Mieszkanko było malutkie, pokój z kuchnią, od wejścia widać całe mieszkanie. A w mieszkaniu sami groźni „terroryści” czyli niespełna siedmioletnia córka i Anka w ósmym miesiącu ciąży. Facetowi zrobiło się trochę głupio i schował pistolet. A ja dopiero następnego dnia zdałem sobie sprawę z komizmu sytuacji, a mój gest nie był przejawem bohaterstwa, ani lekceważenia lufy w brzuchu, był odruchową reakcją półprzytomnego faceta, któremu ktoś przykłada zimny metal do ciała. Potem nie było już tak zabawnie, aczkolwiek jak na ubecję to kulturalnie. Mogłem się ubrać, cała rodzina na nogach, dziecko nie bardzo rozumie o co chodzi, ale chyba jej się to nie podoba. Rewizja pokoju z kuchnią trwa do mniej więcej 15. Kartkowanie książek, zaglądanie w każdą dziurę, przy okazji znaleźli zapodziane 5 dolarów. Jakiś pomniejszy ubek miał już „dowód” na finansowanie przez CIA, ale szef okazał się przytomniejszy i kazał zostawić. W mieszkaniu aż gęsto, nie mam pojęcia w jaki sposób Anka wyniosła jakieś papiery i za nimi spuściła wodę, ale zrobiła to na oczach całego towarzystwa. Pewnie było ich zbyt wielu w tak małym mieszkaniu i przeszkadzali sobie nawzajem. W trakcie przeszukania przyszło dwóch znajomych. Obydwaj mający „słuszne” poglądy, ale w różnym stopniu zaangażowani w bieżącą działalność. Sąsiad, starszy pan po drodze, bo kupił bardzo dobre bułeczki i razem z tymi bułeczkami powędrował na dołek. Andrzej z kolei nawet bardzo się nie zdziwił kiedy został zrewidowany i powędrował śladem sąsiada. Potem już nikt nie przyszedł, co było zasługą Bogny, która po długiej naradzie została odprowadzona przez ubeka do szkoły (pierwsza klasa podstawówki). Ubecy nie wiedzieli, czy lepiej ją zatrzymać, co może jednak wywołać zainteresowanie, czy lepiej puścić do szkoły, licząc na to, że w szkole zostanie. Przytomne dziecko urwało się ze szkoły i poinformowało znajomych. Pewnie oszczędziła kilku osobom zwiedzanie miejscowego dołka, a może i coś więcej. Podczas rewizji w piwnicy miałam cichą nadzieję, że uda mi się wykorzystać jej położenie aby uciec, ale niestety nie udało mi się zwabić wszystkich ubeków na raz do piwnicy, cóż zawodowcy. Za to w piwnicy odkryli małą plastikową torebkę z tajemniczym „szarym proszkiem”, na nic zdało się tłumaczenie, że to resztka cementu, który używałem do osadzania kołka w łazience. Uparli się żeby ten proszek oddać do analizy. Trochę się spłoszyłem, bo a nuż wyjdzie im w tej analizie, że to jakiś wąglik? Uzgodniliśmy więc, że część tego niebezpiecznego proszku zostawię w domu w kopercie, która podpiszę na złączeniu. Później po analizie okazało się, że jest to „cement o słabych własnościach wiążących”. A jakie miał mieć właściwości? Nie był zapewne najlepszej jakości a i poleżał sobie w piwnicy trochę. Potem jeszcze pojechaliśmy na działkę i dzielni panowie nie chcieli uwierzyć, że zakopałem tam karabin i działka została na zimę nie skopana. Udaliśmy się w drogę do Warszawy, trochę dziwną trasą bo przez Sochaczew. Sądzili, że ktoś mnie będzie odbijał czy co? W Warszawie jedziemy w kierunku Rakowieckiej, ale nie wjeżdżamy na tę ulicę tylko od tyłu do MSW. Trochę jestem zaskoczony, jeszcze jedna niespodzianka w tym i tak burzliwym dniu. Gdzieś mnie prowadzą, zupełnie nie orientuję się gdzie jestem, w każdym razie nie są to lochy. Sadzają mnie w pokoju dość dużym i zaczyna się obróbka. Czyli opowiadanie co wiedzą i co mi grozi. Groziło wtedy do „czapy” włącznie. Za bardzo w tę czapę nie uwierzyłem, bo już było po paru wyrokach, bodajże również na Frasyniuka i żadnej czapy nie było, to dlaczego mnie robaczka mają tak wyróżnić? Nasłuchałem się o różnych skopolaminach na wszelki wypadek odmawiam herbaty i czegokolwiek. Tak się złożyło, że tego popołudnia byłam umówiony ze Zbyszkiem Janasem i na nieszczęście pamiętałem adres. To był adres na spotkanie i następnego dnia nie był już tak ważny, ale gdybym pod wpływem jakiegoś środka wygadał to bym do końca życia miał wyrzuty. Nie jem, nie piję i słucham opowieści jak za ścianą czai się straszny prokurator, żeby mi wlepić sankcję, co mnie czeka, moją rodzinę itp. podobne pogwarki zmiękczające. W pewnym momencie ubek mówi to ja pana przeszukam, w duchu roześmiałem się, a szukaj sobie szukaj, po tylu godzinach rewizji to możesz do zakichanej śmierci. Na śmierć zapomniałem, że w kieszeni naszytej na rękaw kurtki mam adres, w którym miałem uruchomić punkt kolportażu. Musiałem mieć bardzo durną minę kiedy ubek wyciągnął ten skrawek papieru. Gdybym pamiętał dawno bym go zżarł nie bacząc na asystę, taka plama! Na szczęście adres był zaszyfrowany i jak się potem okazało czytany na wprost nie pokrywał się z żadnym realnym adresem, ani w Skierniewicach, ani w Warszawie. Ale tego dowiedziałem się parę miesięcy później czytając akta sprawy. Pod koniec przygotowania ubek zapowiedział szefa. Nie mam pojęcia kto zacz, nie pamiętam czy się przedstawił, wszedł wysoki łysiejący facet z inteligentną twarzą. Ubek wyszedł a „szef”, chyba dyrektor departamentu, bo kiedyś potem mignął mi w telewizji, powiedział że drobiazgi go nie interesują, a ja wiem już co mi grozi bo koledzy (rozumiem, że jego) mnie poinformowali. On wie, że ja wiem i położył przede mną kartę ze zdjęciami. Jak powiem to mogę w ciągu dwu godzin wyjść. Na zdjęciach byli Zbyszkowie Bujak i Romaszewski oraz S. Miastowski, agent który nas wsypał. Zebrało mi się na żarty po kilkunastu godzinach dość ponurej zabawy i powiedziałem, że wiem gdzie jest Romaszewski, a gdzie jest Miastowski to on powinien wiedzieć lepiej. Tu musze dodać, że Zbigniew Romaszewski został aresztowany ponad dwa miesiące wcześniej i siedział na Rakowieckiej, snuliśmy nawet mało realne plany uwolnienia go, o czym ubecja już wiedziała, moja propozycję wskazania miejsca pobytu Zbyszka szef” skwitował więc zaleceniem, żebym sobie nie robił żartów. A co do Zbyszka Bujaka to po pierwsze nie wiem, a po drugie nawet gdybym wiedział to i tak bym nie powiedział. Ten ubek rzeczywiście nie był nastawiony na negocjacje, powiedział „jak pan chce”, czy coś w tym rodzaju i wróciłem do składu wyjściowego. Tym razem już było tylko współczucie, że tak się sam urządziłem i za chwilę wszedł prokurator. Co prawda wygląd fizyczny nie musi o niczym świadczyć, ale jakoś te strachy przez kilka godzin prokuratorem sprawiły, że oczekiwałem podświadomie jakiejś strasznie groźnie wyglądającej postaci. A tu wszedł niski drobny podporucznik, z odstającymi czerwonym uszami i na dodatek zakatarzony. Usiadł naprzeciwko i przystąpił do wypełniania formularzy. Zwróciłem uwagę, że bardzo trzęsą mu się ręce, był bardzo zdenerwowany, ja wcześniej poczułem ulgę bo już wiadomo co będzie - idę siedzieć, a on jest bardziej spięty niż ja! Wpłynęło to bardzo dobrze na moje samopoczucie. Widać nie są aż tacy pewni siebie, a przynajmniej swoich racji, jak okazują. Może ten jest wyjątkowy ale poczułem swoją przewagę, przewagę swojej postawy i swoich racji. Pan prokurator pewnie do dziś nie wie jak dobrze wpłynął na moje samopoczucie. Zrobiło mi się żal tego faceta, który akurat „postanawiał” o osadzeniu mnie na parę miesięcy. Kiedy dużo później opowiadałem to przyjacielowi adwokatowi, nakrzyczał na mnie, że jestem idiota, tu gość wlepia mi sankcję, a ja mu współczuję! Pewnie ma rację, ale tak wtedy czułem na dodatek zachowanie prokuratora miało dobry wpływ na moje samopoczucie. A on sam miał niewiele do powiedzenia, co potwierdza fakt, iż biedak siedział do późnych godzin i czekał na wynik negocjacji z ubecją.

Dostałem sankcję, idziemy do samochodu i jedziemy do więzienia. Niedaleko na tej samej ulicy. Z mojego wejścia tam pamiętam niewiele, ale utkwiło mi w pamięci kiedy kalifaktor wydawał mi więzienne ciuchy. Dostałem nowe koce, prześcieradła, gacie i koszulę. Nie pamiętam czego nowego nie dostałem czy kanioły czy kurtki. Kalifaktor przeprosił mnie, że nie ma wszystkich nowych rzeczy, klawisz go obrugał za cackanie się ze mną, a ja, będąc przekonany, że należą mi się nowe rzeczy, nie miałem pretensji. Dopiero koledzy w celi uświadomili mnie, że byłem wyróżniony przez więźnia opiekującego się magazynem. Powinienem być mu wdzięczny ( i jestem), a nie łaskawie zgadzać się na używaną kaniołę. W końcu trafiłem do celi, była to dla mnie duża ulga, przestałem się bać tej cholernej skopolaminy, której zresztą nawiasem mówiąc nigdy nie spotkałem. Wszedłem więc radosny do celi, po tak miłym przyjęciu nie spodziewałem się niczego złego. Pewnie na kolegach zrobiłem wrażenie nie do końca normalnego, albo wręcz kapusia, bo uśmiechnięty facet świeżo zamknięty to tam się chyba rzadko trafiał.

Cela czteroosobowa, są trzy osoby, tylko mnie brakuje do kompletu. Siedzą: Boguś -najprawdziwszy szpieg, młody student matematyki i człowiek współpracujący z Solidarnością RI, a wcześniej pracujący w FSO. Przyjmują mnie życzliwie, pomagają posłać łóżko i udzielają pierwszych rad. Zajmuję miejsce „na jabłoni”, czyli górnej koi. Śpię nad szpiegiem, chłopcy od razu postanawiają wyciągnąć grubą nitkę obrębiającą koce, cieszą się z tego, że mam trochę papierosów, chociaż trzeba przyznać, co mnie trochę zaskakuje, bardzo powściągliwie się częstują. Potem zrozumiem lepiej obyczaje więzienne i znaczenie papierosów. Po dniu pełnym emocji zasypiam dość szybko, zwłaszcza, że trafiłem do celi kiedy wszyscy już byli w łóżkach. Chyba ze dwa tygodnie nadrabiałem zaległości w spaniu i padałem niedługo po apelu, czyli gdzieś chyba ok. 19 i spałem aż do pobudki rano. Oszczędziłem sobie bezsennych nocy spędzanych na ponurych rozmyślaniach, okazało się że nawet permanentne niedospanie ma swoje pozytywne strony. Rano pobudka, śniadanie i jak się potem okazało codzienny, przez dwa miesiące, rytuał wędrówek na przesłuchanie. Chyba ten sam ubek, który mnie podejmował w MSW. Wchodzimy w rutynę „rozmów”, chyba nie do końca zdaję sobie sprawę z tego, że chodzi o znalezienie moich słabych punktów. Na wszelki wypadek staram się myśleć o tym co mówi : „ubek powiedział”. Dało to wyraz kiedy ubek powiedział mi o śmierci Breżniewa. Poprzedniego dnia, a był to 11 listopada usłyszeliśmy jakiś gromki krzyk zza okna. Snuliśmy domysły co to za okrzyk, pomysłów było dużo począwszy od szturmu na naszą Bastylię. Nikomu nie przyszło do głowy, że właśnie przez radio podano wiadomość o śmierci I sekretarz KC KPZR. Na naszym oddziale nie było głośników w przeciwieństwie do pozostałych oddziałów, stąd „normalni” więźniowie usłyszeli tę wiadomość wcześniej. Następnego dnia ubek miał mi do przekazania wiadomość dobrą i złą. Zaczął od dobrej czyli listu Wałęsy do Jaruzelskiego. A potem podał mi złą, czyli o śmierci Breżniewa. Uzgodniliśmy, że inaczej oceniamy co jest dobrą, a co złą informacją. Po powrocie do celi powiedziałem kolegom, że ubek powiedział iż umarł Breżniew. Któryś zapytał: to umarł czy nie? Nie wiem ubek powiedział, że umarł. Wydaje mi się, że takie podejście do tego co mówił ubek trochę pomogło mi znieść długie rozmowy. Rozmawialiśmy więc, na początek opowiadał o sobie, podobno skończył UW, grał w piłkę wodną, żonaty. I ciągłe próby znalezienia słabego miejsca. Anka nie najlepiej znosiła ciążę, były nawet pomysły aby zamknąć ją w szpitalu. A tu ubek mi mówi z troską: panie Romanie (tacy jesteśmy koledzy) muszę powiedzieć, że z żoną nie jest dobrze. Nie chce powiedzieć niczego szczegółowego, mimo mojej postawy ubek powiedział, trochę mnie walnął. Chyba zauważył to, ale mimo tego Anka jakimś cudem wywalczyła widzenie ze mną. Może liczyli na to, że będzie mnie nakłaniać do poddania się, może na to, że widok jej z wielkim brzuchem mnie poruszy, nie wiem, ale po widzeniu powiedział mi, że zrobili błąd zgadzając się na to widzenie. Anka była bardzo dzielna i bojowo nastawiona. Przyszła z Bogną, która coś przemycała, a w trakcie widzenia (oczywiście ubek siedział przy stoliku) zapytała: tatusiu a dlaczego ci panowie chodzą w piżamach. Ja jeszcze nie byłem w stroju więziennym a większość więźniów paradowała w garniturkach zafundowanych przez KPN ( to był nasz skrót od kochany pan naczelnik). Anka powiedziała mi, że mam obrońcę, co poza aspektem psychologicznym, nie miało na tym etapie żadnego znaczenia, bowiem pierwsze widzenie z nim miałem dopiero po zakończeniu śledztwa, a on nie miał dostępu do akt i nie mógł niczego zrobić. Największe znaczenie miało dla mnie to, że Anka czuje się dobrze, tryska energią i ma bojowego ducha. Zdążyła mi szepnąć żebym do niczego się nie przyznawał. Jak dotychczas stosowałem się do tego zalecenia, ale jej słowa utwierdziły mnie w tym przekonaniu.

Nie powiedzieliśmy sobie zbyt wiele ze zrozumiałych względów, ale dowiedziałem się, że wiele osób pomaga mojej rodzinie na różne sposoby, to naprawdę zdecydowanie poprawiło komfort siedzenia.

Czekałem na potomka, miałem córkę, kochaną córeczkę tatusia, miałem nadzieję, że następny będzie syn. Z tym czekaniem związane są dwie zabawne historie. Nie do końca ustaliliśmy imiona dzieci, nie wiedzieliśmy czy będzie syn czy córka. Adam miał się urodzić w Wigilię i rozważaliśmy imiona Adam i chyba Ewa. Korespondencji nie dostawałem dość długo i w końcu chyba po miesiącu dostałem kartkę pocztową napisaną przez Bognę. A tam dziecko proponuje imiona dla siostry lub brata. Nie pamiętam jakie miało być imię dziewczynki, ale dla chłopca to był Kuba. Niby nic, ale zacząłem odmieniać i wychodzi mi Jakubek. Ja tu siedzę a syn JAK UBEK! Pożyczyłem natychmiast jakiś kalendarz od kolegi szpiega i wypisałem listę dopuszczalnych imion dla dziewczynki i chłopca. Jako że postanowiłem być tolerancyjny to lista była długa, z przewagą imion męskich. Nie pomyślałem, że moja lista może wyglądać jak szyfr jakiś, albo lista jakiś kontaktów, pseudonimów czy czegoś w tym rodzaju, w każdym razie efekt był taki, że nigdy ta lista nie dotarła do adresata. Jak się okazało to był autorski pomysł Bogny i Adam mimo, że „oddał się do użytku” dwa tygodnie przed terminem, ma imię wigilijne. Widziałem jak dochodzą do mnie listy, założyłem więc, że ten mój też może iść długo, albo wcale nie dojść. Dlatego też poprosiłem dzielnego studenta, który miał mieć widzenie z rodziną i wiedział o tym, żeby zapamiętał numer telefonu do moich rodziców i poprosił żeby zadzwonili i przekazali informację typu „byle nie jak ubek”. Wszyscy wywiązali się z zobowiązań i moi rodzice mieli o czym myśleć, kiedy dostali taki przekaz, zwłaszcza że nie mieli pojęcia o pomyśle Bogny. Jako jedyną wiadomość z więzienia dostają informacje byle nie Jakub dla przyszłego wnuka.

Druga sprawa związana z potomkiem to była „paczka higieniczna” przesłana przez mamę. Paczka higieniczna to był jednorazowy przywilej pozwalający dostarczyć więźniowi szczoteczkę do zębów, papier toaletowy itp. Dostaje się talon upoważniający rodzinę do przekazania paczki, talon wysyła się i potem kłopot ma rodzina z myśleniem co włożyć do tej nieszczęsnej paczki, ponieważ paczka ma ograniczoną wagę. W tym przypadku najistotniejsze okazało się opakowanie, a konkretnie karton, w który została zapakowana. W sytuacji odcięcia od świata, każdy strzęp informacji nabiera znaczenia, a mama zapakowała paczkę w karton po paczce którą sama dostała. A ktoś kto wysłał do niej paczkę pomylił imiona i zamiast Grażyna napisał Katarzyna. Dla niej nie miało to znaczenia, a ja od razu zrozumiałem, że moja przemyślna rodzina daje mi w ten sposób znać, że urodziła się dziewczynka, bo w całej rodzinie nie ma Katarzyny. Zbudowałem całą teorię i nawet zacząłem pisać list do domu z gratulacjami i radością z faktu urodzin córki. Zanim jednak wysłałem, listy wysyłało się raz w tygodniu, dostałem telegram (jeden z wielu wysłanych, inne nie doszły), że urodził mi się syn. Tak się ucieszyłem, że o mały włos nie cmoknąłem w policzek klawiszki, która mi te wiadomość przyniosła.
Trwały „rozmowy” z ubekiem, cały dzień z przerwą na obiad. Miały one dla mnie tę istotną zaletę, że jako namiętny palacz cierpiałem z powodu braku papierosów, a ubek przynosił na każde spotkanie paczkę papierosów, z której zostawało mało. Nie wiem skąd je brał przy systemie kartkowym, miał je nie zawsze w gatunkach odpowiadających mi ale były i tak lepsze od skrętów z niedopałków zawiniętych w Trybunę. Po dwu tygodniach ubek uznał i powiedział zresztą głośno, że już powinienem zacząć zeznawać, byłem odmiennego zdania. Mimo opowiastek w stylu: a wiem pan była narada i pan jest tu jedyny, który nie zeznaje
(oczywista nieprawda) i prokurator będzie żądał dla pana kary śmierci, mimo opowieści o trudnym losie mojej rodziny, biednej matce, która cierpi itp. Muszę się przyznać do dwu słabości, raz ubek świadomie jak się potem okazało zostawił mnie w pokoju z otwartą paczką papierosów. Nie mogłem zabierać papierosów do celi mogłem palić na miejscu, podebrałem kilka sztuk pod jego nieobecność. Po powrocie zauważył brak tych nieszczęsnych papierosów i wpędził mnie w straszne poczucie winy, z powodu kradzieży papierosów. Dziś nie wiem czy popełniłem straszną zbrodnię, na pewno nie był to czyn godny pochwały, ale moja reakcja była chyba zbyt wielka, czułem się fatalnie. Drugi raz kiedy dałem się podpuścić, to był moment gdy ubekowi udało się doprowadzić mnie do takiego stanu, że siedziałem na krześle i powtarzałem sobie w myślach: nie możesz go pie...ć, nie możesz ... Nie mogę sobie przypomnieć czym mnie doprowadził do takiego stanu, w którym największym pragnieniem było rozpłaszczenie go na ścianie. Sądzę, że chodziło o rodzinę, ale tylko się domyślam, to był naprawdę trudny moment. Potem bolały mnie mięsnie, siedziałem z zaciśniętymi pięściami i tak napiętymi mięśniami, że czułem je przez parę dni. Chyba było widać mój stan, może inaczej to zrozumiał, nie wiem, w każdym razie wyszedł i po pewnym czasie wszedł inny ubek (parę lat temu widziałem go w telewizji, awansował), który zaczął przyjacielską pogawędkę na tematy obojętne, jak on to w zasadzie podziela moje poglądy, a w ogóle to zajmuje się czymś innym i wpadł tu przypadkowo. Napięcie mnie opuściło wcześniej i już spokojnie mogłem słuchać różnych opowiastek.
A tak na co dzień robiliśmy sobie drobne złośliwostki, oczywiście miałem znacznie mniej możliwości niż on, ale jedna mi się trafiła i z całą złośliwością ją wykorzystałem. Brzydka to cecha charakteru, ale dolegliwości bliźnich potrafią czasem cieszyć. Lubię czosnek, a w więzieniu był znacznie smaczniejszy od większości tego czym nas karmiono, więc jadłem go wierząc na dodatek, że chroni mnie przed przeziębieniem i innymi dolegliwościami. Któregoś dnia po dostawie z domu zjadłem sporo czosnku na kolację i następnego dnia pewnie było to czuć wyraźnie. Ubek miał do mnie pretensje o ten zapach (nawet rozumiem), wdaliśmy się w dyskusję na temat jakości kuchni tego przybytku. Nie dałem się przekonać, że jest wspaniała. Na marginesie muszę powiedzieć, że była okropna. Podobno zresztą trafiłem na zły okres kuchni, ale tam chyba nigdy nie było dobrego. Tu nie chodzi o to, że jedzenie było ubogie, w końcu to nie jest luksusowa knajpa. Nawet nie o to, że pewnie sporą część rozkradali i nie było go dużo, ale to po prostu śmierdziało! Obiad pojawiał się na oddziale i smród przenikał nawet grube drzwi cel. Siedziałem później w Hrubieszowie i żarcie było bez porównania lepsze. Wracajmy jednak do mojej prywatnej walki chemicznej, następnego dnia nie tylko na kolację ale również na śniadanie objadłem się czosnku. Biedny ubek, na jego zastrzeżenia odpowiadałem, że ja z chęcią wrócę do celi, nie pałałem chęcią przychodzenia na przesłuchanie, ani nie wybierałem mu miejsca pracy. Był już chyba grudzień, było dość chłodno, on siedział pod oknem i ze względu na zapach miał je otwarte. Ja siedziałem dalej na dodatek jadłem czosnek i dostarczony z domu miód z propolisem. Zresztą nieważne jakie były przyczyny, ale ubek utrzymywał, że jeszcze przeze mnie się przeziębił. Niskie to uczucie cieszenie się z czyjegoś nieszczęścia, ale ze wstydem przyznaję- miałem małą satysfakcję.
Tak toczyło się powoli życie w czasie śledztwa, aż w końcu ubek doszedł do wniosku, że już wyczerpał kruczki, a może ktoś, coś postanowił poza nim, w każdym razie po opowieściach jak to moi koledzy defraudowali pieniądze i uważają mnie z powodu tego, że nie brałem za ofermę, o wyższości ustroju i beznadziejności mojej sytuacji w ogóle, a w więzieniu w szczególe, postanowił wreszcie sporządzić protokół z przesłuchania. Nawet nie był bardzo zdziwiony, że odmówiłem podpisu, chociaż dał mi „szansę” na zastanowienie się przez noc. Nie była to moja pierwsza noc, więc niczego nie zmieniła. Przy okazji sporządzania tego protokółu zorientowałem się w jeszcze jednej ubeckiej sztuczce. Wcześniej pokazywał mi protokół z przesłuchania kolegi, pokazywał to może zbyt wielkie słowo, widziałem ten protokół z pewnej odległości i pod takim kątem, że mogłem widzieć zapisane długie fragmenty tekstu naprzemian z krótkimi. Wyglądało to jak krótkie pytania i długie odpowiedzi. Nie przejąłem się tym zbytnio, bo założyłem już wcześniej, że mogą mi pokazywać fałszywki. Był jednak przypadek, że ktoś dał się w ten sposób przekonać. Zresztą czyniąc wielką krzywdę bardzo porządnemu człowiekowi, który przeżywał to znacznie bardziej niż cała ta zabawa była warta. A sztuczka polegała na tym, że ubek przepisywał znaczny kawałek zeznań, lub innego materiału dowodowego co zajmowało sporo miejsca na papierze, kończył zaś następująco: a następnie zadano podejrzanemu pytanie i tu było pytanie. A potem była krótka odpowiedź: odmawiam odpowiedzi. Kiedy jednak oglądało się to z daleka i nie można było odróżnić liter, widać było naprzemian długie i krótkie fragmenty tekstu.
Potem już tylko zapoznawanie się z aktami sprawy. Pilnuje mnie zazwyczaj (trwało to jednak parę dni, dwadzieścia kilka tomów akt) młody ubeczek, czyjś syn(?) bo już w biurze śledczym MSW. Kompletnie zcyniczały, nawet nie starający się ukryć, że nie wierzy w moje racje, nie wierzy w ich racje, generalnie jakoś się ustawił w życiu i ma to gdzieś. Tacy „obrońcy” ustroju, dobrze mu nie wróżyli. Na koniec zapoznawania się, podpisanie protokółu w obecności prokuratora. Drugie spotkanie z prokuratorem i znów mam wrażenie, że jest mu głupio. Zachowuje się superuprzejmie, przewraca kartki, ma extramocne i zakłopotaną minę. Może to produkt mojej fantazji, ale widziałem wyraźny brak przekonania w jego zachowaniu. W każdym razie ja to tak odbierałem i trudno ukryć, że dodawało mi to ducha.

Nastąpił dość nudny okres w celi, książki wymieniają rzadko, a na dodatek jakaś inwentaryzacja w bibliotece, przesłuchań też już nie ma (okazało się, że to też rozrywka) życie toczy się wolno. Spotkałem się wreszcie ze swoim obrońcą. Nie widziałem go nigdy wcześniej, bardzo przystojny, typ angielskiego dżentelmena, z płowym wąsem, stosownie ubrany. Ale moja bardzo rozbudzona podejrzliwość, kazała podejrzewać, tego wielkiej zacności człowieka i rozmawiałem z nim w iście angielskim stylu. Porozmawialiśmy bardzo uprzejmie, ale bez otwartości i okazywania nadmiernej sympatii. Trochę potem miałem wyrzuty sumienia i było mi głupio kiedy później mu się do tego przyznałem. Widać więzienie jednak zmienia człowieka. Mam nadzieję, że ten bardzo zacny człowiek, nieżyjący od wielu lat, wybaczył mi to moje podejście. Wyprzedzając wypadki, kiedy odwiedził mnie po mowach obrońców, a przed wyrokiem, zapytał jak mi się podobały wystąpienia adwokatów. Musiały mi się podobać, ktoś mówił trochę prawdy, mówił wreszcie dobrze o mnie, to chociażby wrodzona próżność kazała zachwycać się wystąpieniami. A tak zupełnie poważnie, to na tym procesie był kwiat palestry i wystąpienia były rzeczywiście znakomite. Podzieliłem się jednak uwagą, która sama się nasunęła. Widziałem jak ten doświadczony obrońca, człowiek sprawiający wrażenie bardzo opanowanego, był wyraźnie zdenerwowany przed swoim wystąpieniem. Kiedy mu to powiedziałem Jerzy Woźniak powiedział: bo proszę pana, gdybym nie robił tego co robię, to robiłbym to co pan, to nie była zwykła obrona. Trochę chyba się wzruszyłem, starając się zachować jak Anglik i nie dać po sobie znać.

To było chyba na początku 1985 roku, zapadła wtedy decyzja żeby jeden z członków kierownictwa krajowego Solidarności wyjechał na zachód. Było dużo problemów. Które należało omówić bezpośrednio. Dotyczyło to wsparcia politycznego, materialnego, sprzętowego i trudno było wszystko omawiać za pośrednictwem kurierów. Trzeba było zorganizować akcją przerzutu znanego działacza nielegalnie przez granicę Z przyczyn mi nieznanych, których mogę się jedynie domyślać, wybór padł na mnie. Sądzę, że za wyborem mnie przemawiało to, że byłem już we Francji w 1984 roku, poznałem tam Mirka Chojeckiego, fakt, że w czasie śledztwa odmówiłem zeznań, a pewnie też po prostu przypadek.

„Krajówka” wytypowała Andrzeja Słowika, przewodniczącego Zarządu Regionu łódzkiego jako osobę, która ma wyjechać, a dokładniej być przerzuconym za granicę, ponosząc przy tym największe ryzyko.
Na początku nie miałem pojęcia jak to ma być zrobione, miałem wystąpić o paszport, po otrzymaniu zaproszenia z Francji, Paszport dostałem i pojechałem do Paryża, co samo w sobie było miłym przedsięwzięciem, po ponurym obrazie kraju i po poprzednim pobycie kiedy zostało tam sporo znajomych. Wyjechałem chyba na początku października, tak się złożyło, że w Warszawie była deszczowa i chłodna pogoda, a w Paryżu na powitanie słońce, ciepło. Po dojechaniu do „miasta” z lotniska usiadłem w ogródku jakiejś kawiarni i spokojnie wypiłem piwo. Poczułem się jak normalny obywatel, na którego nikt nie zwraca uwagi i nie musi się oglądać na każdym rogu.
Cały przerzut organizował Chojecki, który chyba miał to już przećwiczone, w każdym razie sprawiał na mnie takie wrażenie. Umówiliśmy hasła, sposób kontaktu i reszta w kraju spadała na moją głowę.
Po dogadaniu szczegółów wracam, na lotnisko odprowadzają mnie Grażyna i Piotr. Mam ze sobą sporo sprzętu komputerowego, chyba na potrzeby podziemia. Ciężkie to, mam jeszcze załatwić zwrot VAT, czyli poświadczyć na lotnisku, że wywiozłem z Francji ten sprzęt. Z tego powodu przyjechaliśmy na lotnisko trochę wcześniej, a tu się okazuje, że samolot się spóźnia. Z lataniem samolotem było dość zabawnie, chodzi mianowicie o cenę biletu. Trudno to było wytłumaczyć Fracuzom, że samolot jest tańszy niż pociąg. Dla nas to było dość oczywiste, dziś też wydaje się bzdurne, ale dowcip polegał na tym, że za pociąg od granicy płaciło się w „cennych dewizach”, a za samolot płaciło się złotówkami. Przy ówczesnych sztucznych przelicznikach walut powodowało to, że pociąg był droższy od samolotu. Grażyna i Piotr postanawiają towarzyszyć mi do odlotu samolotu, idziemy do miejscowego sklepu bezcłowego, gdzie zostaje obdarowany na drogę butelką calvadosu. Butelka jest dość długa i wystawia główkę z reklamówki.
Ląduję na Okęciu, jest jeszcze stary terminal przylotowy, gdzie widać z salę odpraw z poczekalni. Widzę w poczekalni znajomych, macham im butelką wystającą z torby. Podchodzę do celnika, ten pyta mnie co wiozę. Mówię mu, że sprzęt komputerowy, nie wspominam o tajnych materiałach, które wziąłem wbrew radom rozsądnego Piotra. Poprzednio przeszedłem bez żadnej kontroli, więc sądzę, ze nikt mnie nie będzie podejrzewał o taka bezczelność. A tu pan celnik popatrzył na mnie, powiedział chwileczkę i zniknął gdzieś. Najpierw myślałem, że poszedł do toalety, ale po chwili rozejrzałem się i zdrętwiałem. Widzę przez szybę jakiejś kanciapy jak mój celnik rozmawia przez telefon. No tak, teraz będzie bal, rewizja, materiały wpadną, będzie mi głupio, że nie słuchałem Piotra i niepotrzebnie szarżowałem. Tylko, że teraz nie mam nic już do zrobienia. Czekam, celnik wraca sam. Zaczyna mnie wypytywać dokładnie co wiozę, twierdzi, że sprzęt to trzeba zgłosić do urzędu skarbowego, czego chcę uniknąć z dwu powodów, po pierwsze nie mam zamiaru narażać „firmy” na dodatkowe koszty, a po drugie nie chcę ujawniać sprzętu. Cały czas czekam aż ktoś mnie zaprosi na rewizję. W końcu celnik pyta ile wiozę alkoholu, mówię że tylko tę butelkę, którą ściskam cały czas w garści. Celnik ścisza głos i mówi to postaw pan tę flaszkę przy mnie. A siedział za takim kontuarkiem. Natychmiast wykonałem polecenie, i byłem wolny, musiałem tylko znajomym wytłumaczyć co się stało z butelką, którą widzieli z daleka.

Zająłem się przygotowaniem przerzutu od tej strony. Spotkałem się z Andrzejem Słowikiem i ustaliśmy sposób powiadomienia go o terminie. Nie wiedziałem kiedy to będzie, musieliśmy czekać aż ktoś się do mnie zgłosi. Oczywiście nie mogłem jechać do Łodzi, bo sam już byłem dość jawny jako były więzień i zawsze istniało ryzyko „zawleczenia” jakiegoś ogona. Ustaliliśmy jako hasło jakieś słowo, nie pamiętam już jakie, ale takie, którego użycie w banalnej rozmowie nie zwróciłoby niczyjej uwagi, w przypadku bardzo prawdopodobnego podsłuchu. Pomysł na przerzut polegał na tym, że przyjeżdżali do Polski Jugosłowianie, w tym przypadku we troje, z czego dwoje zajmowało się przerzutem, a trzeci był „słupem”, jego rola sprowadzała się do „zgubienia” paszportu. Czekamy więc, bo niewiele możemy zrobić. Wreszcie spodziewana ekipa pojawiła się! Fajnie, tylko przyjechali 24 grudnia! Z punktu widzenia czujności służb może to dobra data, ale straszne utrudnienie w załatwieniu czegokolwiek. Zostawiam ekipę w Zielonce w domu i jadę do Warszawy, aby odebrać Andrzeja z pociągu, bo miał po usłyszeniu hasła wsiadać w najbliższy pociąg i jechać do Warszawy. Dzwonię do niego z nielicznych automatów telefonicznych, miotając się po opustoszałej w wigilijny wieczór Warszawie. A Andrzeja wciąż nie ma w domu, jego żona z coraz większą niecierpliwością odbiera moje telefony, a ja coraz bardziej nerwowo miotam sie po mieście. Wreszcie go zastałem, rozmawiamy i czekam na pociąg z Łodzi. Potem się dowiedziałem, że właśnie wrócił i po moim telefonie w wieczór wigilijny wyszedł z domu na chyba dwa miesiące. Docieramy w końcu do mojego domu, wszyscy z moimi rodzicami czekają z kolacją wigilijną. Nigdy wcześniej, ani potem nie siadałem do kolacji wigilijnej o 23. Później zaczynamy ustalenia z „ekipą”. Okazuje się, że potrzebne jest zdjęcie paszportowe Andrzeja. Skąd ja im do diabła znajdę w pierwszy dzień Świąt czynny zakład fotograficzny? Przypomniało mi się, że syn Sławki (Sławka Majewska- wspaniała koleżanka z pracy) jest fotografem, na dodatek „swoim” człowiekiem. Wiem gdzie mieszkają w Falenicy, jadę do Falenicy. Oczywiście pojechałem bez uprzedzenia bo telefony były jeszcze rzadkie. Przyjeżdżam, oczywiście nikogo w domu nie ma, bo niby dlaczego ktoś ma być? W końcu jakoś dopadam fotografa, robi zdjęcia. Nasi eksperci z Jugosławii oglądają i stwierdzają, że papier jest nie taki. Prawdę mówiąc nie powiedzieli wcześniej jaki ma być, a ja nie pomyślałem ,a by to ustalić. W drugi dzień Świąt Andrzej sam jedzie do Warszawy i przywozi właściwe zdjęcia. Teraz „ekipa” przystępuje do pracy, preparuje paszport i w nocy wyjeżdżają.
Teraz następuje okres oczekiwania na albo wiadomość, ze przekroczyli granicę, albo na to żeby minął na tyle długi czas, że w przypadku wpadki już by media trąbiły. Denerwuję się o nich, drogi zaśnieżone a i granica do przejścia a w domu został „słup”. Następnego dnia po wyjeździe Słowika, musiałem po coś wyjechać z domu. Po powrocie zastaję Ojca, który opowiada mi historię dość niebezpieczną dla całej sprawy. Mianowicie „słup” zaczął się denerwować, opowiadać coś o pójściu na milicję, bo Ojciec najzupełniej słusznie nie chciał go wypuścić z domu. Skończyło się tym, że spił go dość dokładnie i położył spać. Później próbowałem rozmawiać ze „słupem”, trudno powiedzieć, abym odniósł szczególne sukcesy, skończyło sie znów na pijaństwie. Po chyba dwu dniach czuwania aby nam nie umknął, mieliśmy już „słupa” dość i uznaliśmy, że już nie ma niebezpieczeństwa wypuszczenia go. Pakuję go do ojcowej warszawy i wysadzam przed ambasadą Jugosławii. Mam nadzieję, ze nie bardzo wie gdzie był. Potem okazało się, ze delegat „krajówki” objechał pół świata i wrócił do Polski.

dodał: Krzysiek Markuszewski

Komentarze do newsa:

Dodano: 19-10-2005, 21:12
Host: chello084010066150.chello.pl, IP: 84.10.66.150

Oczywiście autorem jest Roman Bielański, nie zas Bieliński. Pomyłkę jutro nasz webmaister naprawi i zresztą ten pierwszy akapit unicestwi....
Tekst Romana standardowo winien znaleść się w "publikacjach" i z pewnością za jakis czas tam go ulokujemy. Jeśli zatem zamieszczamy go na pierwszej stronie, to w intencji, by innych czytelników, którzy mają swoje wspomnienia, zachęcić do spisania ich i nadesłania. Czekamy!

autor: Krzysiek Markuszewski

Dodano: 02-11-2005, 20:04
Host: lokis04.lokis.net.pl, IP: 217.153.221.102

sluchajcie pisze magisterke o tlumaczeniu napisow filmowych i w tekscie przekladu pojawilo sie slowo kalifaktor. jesli mozecie podac mi dokladne jego znaczenie bede wdzieczny!!!

autor: Grendel

Dodano: 03-11-2005, 17:15
Host: host-ip235-145.crowley.pl, IP: 62.111.145.235

Czuję się trochę wywołany do tablicy, sądzę bowiem, że jest tu wiele osób mogących to pełniej wytłumaczyć, ale postaram się. Kalifaktor, zwany również kajfusem jest to więzień funkcyjny. To znaczy taki, który wykonuje pewne prace wewnątrz i narzecz więzienia. To znaczy na przyklad roznosi (pod nadzorem klawisza) posiłki, wyjmuje "wystawkę", czyli odzież wierzchią i buty, z celi na korytarz, goli współwięźniów itp. Często w naszych warunkach byli to równiez kapusie. Kiedyś znałem źródłosłów, ale zapomniałem, bodajże jest to zniekształcone określenie łacińskie(?) cale factor, ale to już może być moja fantazja.

autor: Roman Bielański

do góry | ostatnie newsy [5]


Powered by News Asystent v1.5


STOWARZYSZENIE WOLNEGO SŁOWA

tel. (022)405-66-30; (022)405-66-31; fax. (022)828-52-52
e-mail: sws@sws.org.pl
ul. Marszałkowska 7
00-626 Warszawa

Za zamieszczone teksty odpowiada Zarząd SWS.
Komentarze oraz wypowiedzi na Forum Dyskusyjnym wyrażają poglądy autorów.
Kreacja strony WWW oraz wdrożenie modułów forum i galerii: Robert Franckowski