Dodaj stronę do "ulubionych"

XXX lat Niezależnych Mediów Elektronicznych w Polsce


Pełny tekst newsa:

 książka Janka Strękowskiego
Dodano: 25-01-2006, 19:31

Z końcem ubiegłego roku, nakładem lubelskiego Wydawnictwa Test ukazała się książka historyczna autorstwa Janka Strękowskiego, zatytułowana "Bohaterowie Europy", poświęcona akcjom pomocy Norwegów dla podziemnej "Solidarności".
Poniżej: fragmenty książki zamieszczone w "Rzeczpospolitej" i w "Tygodniku Solidarność".
km.


(Rzeczpospolita 17.12.2005)
13 GRUDNIA

Minibus solidarności



Prawdziwym fenomenem stanu wojennego był ruch na rzecz pomocy Polakom, jaki spontanicznie rodził się w wielu krajach. Wyjątkowe rozmiary przybrał w czteromilionowej Norwegii. Organizacja Solidaritet Norge-Polen (Solidarność Norwesko-Polska), która powstała zaraz po strajkach sierpniowych w 1980 r., zrzeszała około 100 tysięcy osób. Praca w niej była misją, pasją, ale też przygodą dla wielu ludzi. Taką przygodę - głośną i w Polsce, i w Norwegii - przeżyło małżeństwo Björg Svanström i Trygve Heide.



Mam przed sobą "Notatkę do rozmowy w cztery oczy z ministrem Thorvaldem Stoltenbergiem", powstałą w Departamencie IV MSZ w Warszawie tuż przed wizytą ministra w Polsce w dniach 25 - 27 kwietnia 1988 r. Napisano w niej, że "S. (Stoltenberg) może poruszyć dwie sprawy interwencyjne". Jedna z nich miała dotyczyć należącego do obywatela Norwegii o nazwisku Trygve Heide "minibusu volkswagen (...) skonfiskowanego decyzją Kolegium ds. Wykroczeń przy Wojewodzie Gdańskim (za przemyt literatury bez debitu)".

Minister interweniował. Co z tego, że polskie MSZ wykazało dobre chęci, skoro okazało się... bezradne. Jak napisano w "Notatce informacyjnej z wizyty ministra spraw zagranicznych T. Stoltenberga" z 9 maja 1988: "W odpowiedzi wskazywaliśmy na niezawisłość Kolegiów ds. Wykroczeń i ich podległość wyłącznie ustawom, co nie daje Ministerstwu możliwości wpływu na podejmowane przez nie decyzje".

Nie wiem, czy norwescy goście dali się nabrać. W Polsce każde dziecko wiedziało, na czym za komuny polegała "niezawisłość" sądów, nie wspominając o kolegiach, które "na telefon" służyły nękaniu wszystkich tych, którym władza chciała dopiec. W każdym razie Trygve Heide swojego mikrobusu miał nie zobaczyć jeszcze przez prawie dwa lata.

Wzięliśmy go w adopcję
W tym miejscu trzeba cofnąć się w czasie, do pierwszych lat stanu wojennego i historii Antoniego Grabarczyka, kierowcy z Portu Gdańskiego. - Byłem wtedy członkiem komisji zakładowej "Solidarność" w porcie - opowiada Grabarczyk. - Po wprowadzeniu stanu wojennego ukrywałem się, wydawaliśmy "Portowca". Złapano mnie dopiero w maju 1983 roku. Ale kiedy już to się stało, władze chciały pokazać swoją siłę.

Grabarczyk dostał 7,5 roku, najwyższy wyrok. - Norweskie związki odebrały to bardzo boleśnie. Jak to, zwykły kierowca dostał aż tyle za działalność związkową? - opowiada Czesław Nowak, przewodniczący podziemnej komisji zakładowej w porcie, a po 1989 r. poseł na Sejm. - Na dodatek Grabarczyk w więzieniu na Kurkowej został bardzo dotkliwie pobity: po wyjściu orzeczono 25-procentową utratę zdrowia.

Björg i Trygve przyjechali do Polski, żeby zbadać na miejscu, jak wygląda sytuacja.

Dziś rozmawiam z nimi w ich domu na półwyspie Nesodden, leżącym po drugiej stronie fiordu, nad którym położone jest Oslo. - Oddział SNP w Nesodden został utworzony w 1982 r., a rok później przyjechali do nas Polacy, m.in. Wiesław Wika-Czarnowski z Portu Gdańskiego - wspomina Svanström. - To on opowiedział nam o Grabarczyku i dał kontakt do jego rodziny. W 1984 wzięliśmy go w "adopcję", a rok później doszło do naszego spotkania.

Regularnie odwiedzali rodzinę Grabarczyka, a kiedy przyjechali do Gdańska w 1986 roku, Polacy zapytali ich, czy dałoby się zorganizować pracę w Norwegii dla większej grupy ludzi z gdańskiej "Solidarności". - Atmosfera była taka - śmieje się Svanström - że bez namysłu powiedzieliśmy: "Pewnie, że tak, my to załatwimy", nie rozumiejąc kompletnie, co nas czeka. Po powrocie do Norwegii poszłam z tym do swego związku zawodowego. Większość członków komisji zakładowej była "za" i od razu przyjechało do nas czterech Polaków.

Nie tak łatwo było ten wyjazd załatwić. Trzeba było przygotować stosy papierków. Każdy musiał być indywidualnie zapraszany, więc należało znaleźć osoby, które zgodzą się pójść z zaproszeniami do ambasady. Jednak spontaniczny gest przerodził się w akcję. - Następnego roku przyjechało już dziesięć osób i w każdym następnym też po dziesięć - opowiada Svanström. - Organizowaliśmy zaproszenia, pozwolenia na pracę, kontaktowaliśmy się z innymi komisjami zakładowymi i załatwialiśmy pracę za normalną pensję. Oni zarabiali dobrze, po norwesku, nie po polsku.

Polacy pracowali w Norwegii legalnie, więc musieli też płacić podatki. - Załatwiłam to jednak zurzędem podatkowym w Oslo tak, że wszystkie te pieniądze były wypłacane "Solidarności" w Gdańsku - mówi Svanström.

Do Norwegii wyjechały wówczas trzydzieści cztery osoby. Jedną z nich była Maria Szymańska. - To był lipiec, sierpień i wrzesień 1988. Mieszkaliśmy w drewnianych domkach pod Oslo, pracowaliśmy w parkach. Mieliśmy spotkania ze związkowcami, działaczami SNP. Wszyscy chcieli nas gościć - opowiada Szymańska. - Wtedy byłam już wdową, mąż został zamordowany w 1984 r. Ten wyjazd bardzo mi się przydał. Po powrocie wykupiłam mieszkanie, kupiłam samochód, nawet prawo jazdy zrobiłam.

- W całej tej akcji chodziło o to, żeby wspomóc materialnie osoby represjonowane - mówi Bogdan Borusewicz. - Bo represje to także uderzenie finansowe.

Dzieci płakały, po prostu dramat
Działalność Svanström i Heide w końcu nie uszła uwagi bezpieki. Którejś zimy przyjechali do Polski dużym autem, z dziećmi, zatrzymali się u Grabarczyka, ale pojechali też do Warszawy spotkać się z Bujakiem. - To był luty 1988 roku - wspomina Svanström. - Przyjechaliśmy razem z kolegą z mojego związku. Wieźliśmy ze sobą sporo rzeczy, między innymi lekarstwa.

Dlatego Heide pożyczył samochód, minibusa volkswagena, od swojego pracodawcy. - Kiedy mieliśmy wracać - opowiada Heide - przyjaciele z "Solidarności" poprosili, żebyśmy zabrali parę rzeczy, m.in. filmy wideo z demonstracji w Gdańsku i z wizyty papieża w Polsce, stos gazet podziemnych, które mieliśmy dostarczyć do Brukseli, i tekst jakiejś książki. Pojechaliśmy na prom do Ystad, ale już po odprawie, w drodze do promu, kazano nam zjechać na bok.

Upiekło się tylko ich koledze, który wysiadł z samochodu i szedł do promu pieszo. Zatrzymali go, zrobili osobistą rewizję, ale nic znaleźli. - Jedyne, co miał, to legitymacja członka honorowego "Solidarności" - śmieje się Svanström. - Wszystko, co ich interesowało, znaleźli w naszym samochodzie. Powiedzieli: "Macie duże problemy" i po godzinie prom odpłynął bez nas, ale z naszym kolegą.

- Bardzo skrupulatnie zanotowali wszystko, co wieźliśmy - opowiada Heide. - Opisali nawet zwykłe kasety muzyczne. Potem kazali nam jechać za cywilnym samochodem milicyjnym do KW MO w Gdańsku. Było już po północy. Pozwolili nam wyciągnąć to, co było nam potrzebne na noc, i zamknęli samochód. Ani słowa, co będzie dalej, kazali mi tylko stawić się rano na rozmowę w SB.

- Ja ich odprowadzałem do portu - mówi Grabarczyk. - Przeszli przez odprawę, wydawało się, że wszystko jest w porządku. Pożegnałem się, wróciłem do domu. Nie miałem pojęcia, co się stało. Wieczorem wrócili. Zabrali im samochód, ubrania, wszystko. Na drugi dzień w kolegium orzekli przepadek mienia. To był służbowy, pożyczony samochód. Płakał Trygve, dzieci płakały, po prostu dramat.

Jak się zostaje wrogiem
Następnego dnia Heide pojechał do SB z konsulem. - Przesłuchiwali mnie ze dwie, trzy godziny, a potem zawieźli do sądu - opowiada. - Był tak zwany proces, który trwał może godzinę. Potem kazali czekać na werdykt. I ogłosili: grzywna 25 tys. zł (mniej więcej 1000 koron) i konfiskata samochodu. Powiedzieli, że jestem wrogiem Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej, i kazali nam opuścić kraj w ciągu 48 godzin. Tak zostałem oficjalnym wrogiem PRL.

"Solidarność" portu w Gdańsku natychmiast zapłaciła grzywnę. A więc była też solidarność z Norwegią, w drugą stronę. - Trygve musiał jednak potem spłacać samochód, bo był pożyczony od szefa Kodaka - wspomina Nowak. - On się wtedy przekonał, czym są represje.

Okazało się też, że nie tak łatwo opuścić Polskę w ciągu 48 godzin. - Na następny prom w Gdańsku trzeba było czekać tydzień, więc "Solidarność" zawiozła nas do Świnoujścia - opowiada Björg. - Jeden z kierowców był w Norwegii rok wcześniej, zarobił wtedy na taksówkę, którą nas teraz wiózł. Drugi był kierowcą Wałęsy. Przez całą drogę płakałam, bo bałam się, że już nigdy w życiu nie wrócę do Polski. Wtedy ten kierowca zatrzymał się przed kwiaciarnią i kupił mi ten kwiat - pokazuje zasuszoną różę.

- Przygodę miał też nasz kolega związkowiec - śmieje się. - Tak przejął się naszym aresztowaniem i tym, że Polacy go rewidowali, że wyglądał okropnie. Szwedzi uznali go za narkomana. I znów go rozbierali na rewizji osobistej. Zrozpaczony mówił im, że robią mu to samo co w Polsce.

Już po ich wyjeździe odbyła się rozprawa apelacyjna. Po wszystkim zadzwonił do nich ambasador norweski. "Takiej farsy jeszcze nigdy nie widziałem" - opowiadał zdumiony. - Okazało się, że na rozprawie głównie kłócono się o to, kto dostanie nasz samochód - śmieje się Svanström.

Volkswagena zabrała komenda wojewódzka MO w Gdańsku. Używali go jako auta reprezentacyjnego, jeżdżąc nim na odprawy do Warszawy.

Sprawa dla dyplomaty
- Mieliśmy kłopoty. Ale nie zniechęciliśmy się - mówi Björg Svanström. - Dalej zapraszaliśmy Polaków, tym bardziej chcieliśmy im pomóc obalić ten reżim.

Próbowali jednak odzyskać auto. Prosili o interwencję ministra spraw zagranicznych Thorvalda Stoltenberga. Obiecał pomoc, ale czas mijał, a samochód wciąż był w Polsce.

Między 13 a 15 listopada 1989 r. do Norwegii przyjechał Krzysztof Skubiszewski, minister spraw zagranicznych rządu Tadeusza Mazowieckiego. W sporządzonej 21 grudnia 1989 "Informacji nt. wizyty oficjalnej ministra spraw zagranicznych PRL, prof. Krzysztofa Skubiszewskiego w Norwegii (13 - 15 listopada 1989 r.)" zanotował: "Należy ostatecznie uregulować dwie sprawy stale podnoszone przez stronę norweską". Pierwszą miał być "zwrot obywatelowi Norwegii minibusu skonfiskowanego w 1988 r. za przemyt bezdebitowej literatury".

Wkrótce potem norweskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych zawiadomiło Svanström i Heide'ego, że ich auto wróci do Norwegii. Muszą tylko wystąpić o to do ambasady polskiej w Oslo i sprawa będzie załatwiona od ręki. Ucieszyli się, bo w styczniu, razem z komisją zakładową pracowników komunalnych, chcieli jechać do Polski.

- W ambasadzie kazano nam napisać podanie o zmianę wyroku i prosić o zwrot samochodu - relacjonują. - Spotkaliśmy się z sekretarzem jeszcze ze starego układu. Judasz, aż się świecił od wazeliny, całował w rączki, pokazał nam sale, mahonie, dywany. Potem przeczytał podanie i powiedział, że do stycznia nie zdążą tego załatwić.

Napisali więc jeszcze jedno podanie, wprowadzając drobne formalne zmiany, jakich żądał urzędnik. Ale następnego dnia w ambasadzie domagano się kolejnych poprawek. Kiedy w styczniu 1990 r. przyjechali do Gdańska, usłyszeli, że sprawa ze zwrotem auta nie jest taka prosta - trzeba zmienić wyrok, a to może potrwać kilka tygodni.

Samochód został zwrócony dopiero po interwencji ich przyjaciela, wtedy już posła Czesława Nowaka. I, jak sądzi Björg Svanström, po interwencji samego Kiszczaka. Volkswagen był w dobrym stanie, chociaż na liczniku przybyło 20 tysięcy kilometrów. - Z przodu - relacjonuje Heide - jest mała dziura, pewnie mieli tu światło policyjne. Na dywanie położyli linoleum. Powiedzieli nam, że korzystali tylko z oryginalnego oleju z Niemiec. Filtra nie zmienili. Za użytkowanie samochodu pieniędzy nam nie zwrócili. A kiedy wyrok sądowy został zmieniony, musiałem podpisać zobowiązanie, że nie domagam się odszkodowania.

Zamiast tego dostali medale. "Pan Heide Trygve odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Zasługi RP" - podpisał Lech Wałęsa z datą 24 października 1995 r. "Pani Svanstrom Bjoerg odznaczona Krzyżem Kawalerskim Orderu Zasługi RP" - podpisał Aleksander Kwaśniewski z datą 28 maja 1996.

Minibus z nalepką "Solidarność" nadal im służy. Kiedy ich odwiedziłem, wybierali się nim do Polski.

JAN STRĘKOWSKI
Fragment książki "Bohaterowie Europy", która ukaże się w najbliższym czasie w wydawnictwie TEST


Wschodni prostest song


Tygodnik Solidarność 23 - 30 grudnia 2005 r

Powstanie Solidarności i próba jej likwidacji po 13 grudnia 1981 r. spowodowała reakcję wielu Norwegów. W organizacji Solidaritet Norge-Polen, która niosła pomoc Polsce, znaleźli się robotnicy, związkowcy, urzędnicy, studenci i bardzo wielu artystów. Jednym z nich był piosenkarz Jörn Simen Iverli.

Zaczynał od protest songów - mówi o Iverlim przewodniczący SNP Björn Cato Funnemark. - Dlatego zakochał się w Kaczmarskim. Bo to były takie wschodnioeuropejskie protest songi.
- To jest publicystyka protestu - mówi Zbigniew Łapiński, pianista i kompozytor wielu piosenek Jacka Kaczmarskiego. - Jörn zresztą chętnie by protestował przeciwko wszystkiemu.
Jörn Simen Iverli jest autorem kilku płyt z piosenkami Kaczmarskiego i rosyjskiego barda Włodzimierza Wysockiego, nagranych wspólnie ze Zbigniewem Łapińskim, i wydanej w 2000 r. książki "Polowanie na wilka. Włodzimierz Wysocki i jego rosyjska poezja gitarowa". Dziś śpiewa folkowe piosenki Alfa Pröysena, koncertuje w Rosji z piosenkami Wysockiego. Jest znaną postacią w norweskim świecie muzycznym. Ale początek jego kariery wiąże się z Kaczmarskim.

Anna Jastrzębska, kompozytorka mieszkająca w Norwegii, puściła mu kiedyś kasetę z piosenką "Źródło" Kaczmarskiego. To był 1980 lub 1981 rok.
- Dostałem tę kasetkę od Ani. Przygotowałem dwie piosenki w norweskiej wersji. I w domu architektów w Oslo zaśpiewałem dla publiczności. Zauważyłem, że pewna dziewczyna zareagowała emocjonalnie. Dwa dni później zadzwoniła do mnie. Była to Nina Witoszek, która od tygodnia dopiero mieszkała w Norwegii.
- Któregoś dnia Jörn został mi przedstawiony przez moich norweskich przyjaciół - wspomina Nina Witoszek. - Powiedzieli mi, że to taki rąbnięty facet, który chce koniecznie zająć się protest songami ze wschodniej Europy. Dał mi wiersz Miłosza "Który skrzywdziłeś człowieka prostego", napisałam do tego muzykę. A on to zagrał i zaśpiewał. Kompletny wariat.
- Siedzieliśmy po nocach - wspomina Iverli. - Nina tłumaczyła teksty piosenek. I w pewnym momencie mówi: Jörn, ty musisz do Polski pojechać i posłuchać tego na koncercie. Zadzwoniłem do siostry, pożyczyłem samochód. Ojciec był przekonany, że nie wrócę. Ja o Polsce nie wiedziałem nic, a on jeszcze mniej. Był pewny, że tam są obozy koncentracyjne i prawdopodobnie komuniści i naziści. Ale to on nauczył mnie śpiewać.
Późną nocą znalazłem się w Krakowie u przyjaciół Niny, gdzie było pełno ludzi, którzy na mnie czekali.
O tym spotkaniu i przyjęciu napisał na wydanej w 1996 r. płycie "Dom Rosji" z piosenkami Włodzimierza Wysockiego. Można się z niej dowiedzieć o tym, jak w 1983 r. w środku nocy został miło przyjęty na wielkim party przez studentów i działaczy Solidarności. Potem zabrali go na koncert do jakichś podziemi. Wtedy usłyszał po raz pierwszy Wysockiego. - Szukałem polskich piosenek, a Polacy słuchali Wysockiego. To było piękne podziemie, co wzmacniało wrażenie - mówi. - Nic takiego jeszcze nie przeżyłem.
Potem przyjeżdżał do Polski wiele razy. W tłumaczeniu tekstów Kaczmarskiego pomagała mu dziewczyna z Polski, Iwona, Iverli nie zna nawet jej nazwiska. To były dobre tłumaczenia, tylko trzeba je było dopracować poetycko. Dodawała objaśnienia, żeby zrozumiał, o co chodzi. Była to wielka nauka historii, Polski i Rosji.
Zaśpiewał kilka piosenek swemu przyjacielowi, znanemu muzykowi. Bardzo mu się to spodobało, ale odradzał dalszą pracę, twierdząc, że w Norwegii nikt tego nie zrozumie.
Iverli jednak nie zrezygnował. I okazało się, że przyjaciel nie miał racji

To było w Krakowie, chyba w 1985 r. - mówi Zbigniew Łapiński. - Ktoś powiedział, że przyjechał z Norwegii facet, który tłumaczy nasze piosenki na norweski. To mnie zaintrygowało, bo Norwegia była dla nas krajem ludzi nie za bardzo interesujących się naszą kulturą. I gdzieś na spotkaniu w prywatnym domu w Krakowie zobaczyłem faceta prawie dwumetrowego, o urodzie norweskiego górala. Bardzo chciał przed naszym koncertem zagrać parę piosenek. Koledzy się zgodzili na trzy. Wyszedł przed nami na te trzy piosenki, ale tak się rozbawił, że nie chciał zejść. Zaśpiewał czwartą, piątą i trzeba było mu delikatnie sugerować, że to nie jest jego koncert.
Nazajutrz Iverli zaproponował Łapińskiemu przyjazd do Norwegii. Ten nie był zachwycony. Ale gdy okazało się, że nie chodzi o "granie do kotleta", zgodził się.
- Jak przyszło do koncertu - wspomina Łapiński - okazało się, że muzyka jest językiem międzynarodowym i nie było najmniejszych problemów z przygotowaniem. Pamiętam koncert w polskim kościele św. Olafa. Dla Polaków. Pianinko było jakie było, ale to był wzruszający koncert. Dla Jörna moja obecność na tym koncercie była pewnego rodzaju sankcjonowaniem prawd, które on wyśpiewywał. Bo inaczej się śpiewa polskie teksty samemu, a inaczej jak obok jest Polak. Bo wtedy musi to być prawdziwe, szczere i uczciwe.
- Jörn śpiewał po norwesku - mówi Łapiński. - Po wielu latach nauczyłem się trochę norweskiego i doszedłem do wniosku, że on bardzo dobrze to przetłumaczył. Pewne sprawy pomijał, np. gdy Witkacy wrzeszczy jak śledziona z węgorza wyrwana. Wiadomo, że nikt węgorza w Norwegii nie skojarzy z cierpieniem czy krzykiem.
Później okazało się, że on sprytnie wymyślił, że oprócz koncertu warto byłoby coś jeszcze razem nagrać. Jego kolega, Erik Hillestad, miał studio. I nagraliśmy tam dwie piosneczki, "Autoportret Witkacego" i "Modlitwę na Syberii". Razem z przyjacielem Jörna, znanym artystą Henningiem Sommero.
Płyta otrzymała nominację do tytułu najważniejszego nagrania muzycznego w Norwegii. Dzięki niej dostali kontrakt z firmą, która miała dobrą sieć dystrybucyjną - Kościelny Warsztat Kulturalny. Postanowiono też rozsyłać płytę po szkołach. Wkrótce oni sami trafili do szkół. Z koncertami Kaczmarskiego, a potem także Wysockiego w ramach programu prowadzonego przez norweskie ministerstwo oświaty. Wtedy Łapiński stał się w Norwegii częstym gościem.
- Pracowaliśmy trzytorowo - wspomina. - Były jakieś oficjalne nasze telewizorowe zaistnienia, płyty. Drugi tor, to prywatne koncerty, które Jörn starał się organizować. A trzeci, to koncerty szkolne, które obejmowały kolejne komuny, czyli gminy. W ten sposób przejechałem Norwegię wzdłuż i wszerz.

Czy te dzieci coś z tego ich śpiewania rozumiały? Łapiński uważa, że tak. Zdarzało się, że gromadziły się po koncercie. Pytały o Polskę. Wielokrotnie rozmawiali też o tym z nauczycielami.
- Jörn przed koncertem mówił parę zdań wprowadzających, żeby ludzie mogli znaleźć sobie płaszczyznę odniesienia do faktów czy do historii. Ale zdarzyło się też, że przyszedł kiedyś Norweg, nie pamiętam młody czy dorosły, i powiedział, że nie rozumie, o co tu chodzi, ale panowie tak pięknie gracie, bo tak równo kończycie. Dla Polaków grało się oczywiście lepiej. Niestety tych koncertów dla Polaków nie było tak dużo. Ale zdarzały się też koncerty dla Norwegów, po których następowała owacja na stojąco.
Było dla mnie zaskoczeniem, że Jörn, przy tembrze głosu tak odległym od Jackowego czy Przemkowego, wydobywał z siebie jakąś siłę, próbował zarazić słuchaczy tym ogniem. Było w tym coś polskiego raczej niż norweskiego.
- Wydawało mi się, że byłoby źle, gdybym śpiewał np. w stylu naszego bluesa, na sposób zachodni - mówi Iverli. - Od Zbyszka nauczyłem się słowiańskiego wyrazu muzycznego, innego od naszej tradycji muzycznej.
Według Iverlego dla Kaczmarskiego bardzo ważny był rytm. Włodzimierz Wysocki, którego piosenki śpiewał Kaczmarski, nazywał swe piosenki wierszami z bazą rytmiczną. Iverli Wysockim zaraził się właśnie od Jacka Kaczmarskiego.
Tak zapamiętał to Zbigniew Łapiński: - Pamiętam nasze spotkanie w studiu u Erika, kiedy po raz pierwszy zagraliśmy parę piosenek Wysockiego. Bardzo się to Erikowi spodobało, bo zaproponował, żebyśmy nagrali płytę. Uhonorowanie jej nagrodą Oslo było potwierdzeniem, że był to dobry pomysł.

Pamięć piosenek Kaczmarskiego w Norwegii jest żywa.
- Wiele osób na święta puszcza "Wigilię na Syberii" - mówi Jörn Simen Iverli. - To są przeważnie ludzie, którzy aktywnie działali w Solidaritet Norge-Polen. Często tacy, którzy bliskiego związku z Kościołem nie mają, są niewierzący albo nie praktykujący. Ale ta piosenka jest jakąś namiastką religii. Bo to piosenka o Bogu i o wierze. I przysyłają mi czasem e-maile: "Ty Jörn nas nie znasz. Siedzimy wokół stołu wigilijnego i słuchamy twojej piosenki".
Ta piosenka przeżyła, stała się piosenką uniwersalną. Mimo że ja sam bardziej może lubię "Dzieci Hioba". Bo jak dzisiaj myślę o Unii Europejskiej i Polakach w niej - dodaje z uśmiechem - to myślę o dzieciach Hioba.

Fragment książki "Bohaterowie Europy", która ukaże się w najbliższym czasie w wydawnictwie TEST.


dodał: Krzysiek Markuszewski drukuj

ostatnie newsy [5]


Powered by News Asystent v1.5


STOWARZYSZENIE WOLNEGO SŁOWA

tel. (022)405-66-30; (022)405-66-31; fax. (022)828-52-52
e-mail: sws@sws.org.pl
ul. Marszałkowska 7
00-626 Warszawa

Za zamieszczone teksty odpowiada Zarząd SWS.
Komentarze oraz wypowiedzi na Forum Dyskusyjnym wyrażają poglądy autorów.
Kreacja strony WWW oraz wdrożenie modułów forum i galerii: Robert Franckowski