"Gruby" (Andrzej Górski) mówił krótko: "Robota jest prosta, jak dla małp. Trzeba rozpakować zadrukowane ryzy, potem strona po stronie złożyć kartki, składki zebrać, spiąć zszywkami, zaciągnąć klejem i założyć okładkę. Na koniec gilotyna, cięcie, i  wybór najlepszych egzemplarzy".

Pracować dla NOWEJ zaczęliśmy w 1983 roku, tydzień po otrzymaniu kluczy do własnego mieszkania i dwa miesiące przed wyznaczoną datą ślubu. Jeden tytuł robiło się mniej więcej dwa, trzy tygodnie. Zadrukowane kartki przywozili  z drukarni Andrzej, Emil i Tadzio. Książki składaliśmy we czwórkę - Ania, Zuzanna, ja, no i Maciek, który z racji doświadczenia mianowany został brygadzistą. Właściwie to sam się mianował. Zagrożenia wydawały się porównywalne do podróży samolotem: najtrudniejsze były start i lądowanie. Jak ukryć przed wścibskim wzrokiem sąsiadów kilkadziesiąt  wnoszonych, i zaraz potem wynoszonych, papierowych worów? Hałaśliwy stukot gilotyny od biedy dawało się zagłuszyć ostrą muzyką.

Brygada uchodziła za specjalną. Staraliśmy się pracować jak najrzetelniej, eliminowaliśmy niedodrukowane strony, nie oszczędzaliśmy na kleju, profesjonalny zszywacz przyjechał aż ze Szwecji. Nigdy nie nawaliliśmy też z terminem. "Gruby", choć nieskory do pochwał,  docenił to. Twierdził, że autorom dostarcza egzemplarze wychodzące wyłącznie spod naszej ręki.

Robocie, co tu kryć,  zawsze towarzyszył strach przed wpadką. Niekiedy wyolbrzymiony,  dwie ewakuacje okazały się przedwczesne. Sąsiedzi na Nowolipiu albo mieli podobne poglądy do naszych, albo wiek i alkohol stępiły im zmysły wzroku i słuchu.

Jednak bez wpadki obejść się nie dało. Od Ryszarda Bugajskiego "Gruby" wrócił wściekły. Zawiezione egzemplarze autorskie "Przesłuchania" wybraliśmy - tak nam się przynajmniej wydawało - wyjątkowo uważnie. Książka prezentowała się efektownie, wyrazista niebieska okładka z Krystyną Jandą, czytelny druk (nie to co w "Miazdze") i bodaj pierwsza w historii podziemnego ruchu wydawniczego wkładka z fotosami filmowymi w środku. Produkt prawie eksportowy.

"Gruby" nie przebierał w słowach: "Taka wpadka, taki wstyd! Pięć powtórzonych zdjęć, pięć identycznych fotografii w pierwszym otwartym przez Bugajskiego egzemplarzu! Brygada specjalna, psiamać!!!"

Czesław Apiecionek

Tekst ukazał się w dodatku do „Rzeczpospolitej”: „Bibuła. Wolne słowo w Polsce 1976-1980”, Warszawa,  czerwiec 2003.